Była za dziesięć ósma w piątkowy poranek, gdy zwyczajnie wyglądający mężczyzna wjechał ruchomymi schodami na jedną z najbardziej ruchliwych stacji metra w Waszyngtonie. Zatrzymał się przy ścianie, otworzył futerał ze skrzypcami i wyjął instrument, który nosił wyraźne ślady wielu lat użytkowania. Lakier był miejscami starty aż do gołego drewna. Mężczyzna postawił przed sobą otwarty futerał na datki i zaczął grać.
Przez kolejne czterdzieści pięć minut wykonywał wybrane utwory muzyki klasycznej. W tym czasie obok niego przeszło ponad tysiąc spieszących się mieszkańców stolicy. Tylko jedna czy dwie osoby podniosły głowę z uznaniem. Nikt nie zatrzymał się na dłużej. Nie powstał żaden krąg słuchaczy.
Jeden z przechodniów zorientował się, że ma jeszcze trzy minuty zapasu przed kolejnym spotkaniem, więc oparł się o kolumnę i słuchał – dokładnie przez trzy minuty. Potem ruszył dalej. Większość ludzi była jednak pochłonięta własnymi sprawami. Czytali gazety, słuchali muzyki na swoich odtwarzaczach, sprawdzali wiadomości w telefonach i spieszyli się do pracy.
A jednak muzyka była naprawdę niezwykła. Dźwięki wypełniały sklepienie stacji metra, płynąc z niezwykłą precyzją i lekkością. Dla kilku osób, które na chwilę zwróciły uwagę, było jasne, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym.
Sam muzyk nie wyglądał szczególnie. Czarna koszulka z długim rękawem, czarne spodnie i czapka baseballowa drużyny Washington Nationals. Jednak każdy, kto zatrzymał się choć na chwilę, zauważał, że nie jest to zwykły uliczny grajek.
Ktoś skomentował później:
„Większość ludzi odgrywa muzykę, ale jej nie czuje. On ją czuł. Był poruszający i poruszał muzyką. Wystarczyło posłuchać przez chwilę, żeby wiedzieć, że ten człowiek jest naprawdę dobry”.
I rzeczywiście był.
Tamtego poranka w waszyngtońskim metrze grał Joshua Bell – jeden z najwybitniejszych skrzypków na świecie. Zwykle występuje w najbardziej prestiżowych salach koncertowych, gdzie bilety na jego koncerty kosztują setki dolarów, a publiczność wstrzymuje nawet kaszel, by nie zakłócić muzyki.
Tym razem grał najpiękniejsze utwory barokowe na skrzypcach Stradivariusa, mających ponad trzysta lat i wartych około 3,5 miliona dolarów.
A jednak prawie nikt się nie zatrzymał.
Cała sytuacja była niezwykłym eksperymentem: najpiękniejsza muzyka, jeden z największych mistrzów swojego instrumentu i jeden z najlepszych instrumentów, jakie kiedykolwiek stworzono. Mimo to trzeba było zatrzymać się i uważnie wsłuchać, aby dostrzec to piękno.
Więcej niż nadzwyczajny
Czy nasze życie nie wygląda często podobnie?
W gorączkowej bieganinie między pracą, rodziną, rachunkami, obowiązkami i rozrywką łatwo przegapić to, co naprawdę wielkie i piękne. Aby to dostrzec, trzeba się zatrzymać i poświęcić uwagę czemuś, co nie wydaje się pilne.
Tak samo bywa z Jezusem.
Wielu ludzi zna Go tylko powierzchownie. Może słyszeli kilka najbardziej znanych historii z Ewangelii. Może pamiętają niektóre z Jego słynnych wypowiedzi. Dla wielu jest po prostu jednym z wielkich nauczycieli historii.
Bez wątpienia był kimś niezwykłym. Nawet osoby niereligijne często przyznają, że Jezus był wyjątkową postacią – moralnym nauczycielem, inspirującym przywódcą czy niezwykłym człowiekiem.
Ale jeśli naprawdę chcemy Go zrozumieć, musimy spojrzeć uważniej.
Zatrzymać się.
Wyjść poza popularne cytaty, znane opowieści i powierzchowne opinie.
Bo nazwanie Jezusa jedynie „nadzwyczajnym człowiekiem” byłoby tak samo wielką pomyłką jak potraktowanie Joshuy Bella w metrze jak zwykłego ulicznego muzyka.
Dlaczego Jezus przyciągał uwagę?
Nawet jeśli ktoś nie wierzy, że Jezus był Synem Boga i Zbawicielem świata, trudno zaprzeczyć jednemu faktowi: przyciągał ludzką uwagę jak mało kto w historii.
Ludzie byli zdumieni Jego nauczaniem.
Ewangelie – cztery księgi opisujące życie Jezusa – wielokrotnie podkreślają reakcję tłumów. Co najmniej dziesięć razy pojawia się w nich stwierdzenie, że ludzie byli zdumieni Jego słowami.
Po wysłuchaniu Kazania na górze Ewangelia Mateusza opisuje reakcję tłumów takimi słowami:
„A gdy Jezus dokończył tych słów, zdumiewały się tłumy nad nauką jego. Albowiem uczył je jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie”.
To niezwykle znaczące.
Uczeni w Piśmie byli zawodowymi nauczycielami religii. To oni mieli autorytet i doświadczenie. A jednak ludzie mówili, że Jezus mówi z zupełnie inną mocą.
Podobne reakcje pojawiały się wszędzie, gdzie się pojawiał.
W jego rodzinnym mieście ludzie mówili:
„Skądże to ma tę mądrość?”
W Kafarnaum czytamy:
„Zdumiewali się nad nauką jego”.
W Jerozolimie:
„Cały lud zdumiewał się nad nauką jego”.
Raz za razem ludzie słuchający Jezusa byli poruszeni, zaskoczeni i zadziwieni.
Dlaczego?
Mistrz słowa
Jednym z powodów była niezwykła zdolność Jezusa do odpowiadania na trudne pytania.
Kiedy przeciwnicy próbowali złapać Go w intelektualną pułapkę, Jezus nie tylko się z niej uwalniał, ale często obracał pytanie przeciwko pytającym.
Dobrym przykładem jest scena opisana w 22 rozdziale Ewangelii Mateusza.
Grupa przywódców religijnych przyszła do Jezusa, aby publicznie Go skompromitować. Najpierw zaczęli od pochlebstwa:
„Nauczycielu, wiemy, że jesteś szczery i drogi Bożej w prawdzie uczysz…”.
Potem zadali pytanie:
„Czy należy płacić podatek cesarzowi, czy nie?”
Pytanie było pułapką.
Jeśli Jezus powiedziałby: „Tak, płaćcie podatki”, wielu Żydów uznałoby Go za zdrajcę współpracującego z rzymskim okupantem.
Jeśli powiedziałby: „Nie, nie płaćcie podatków”, mógł zostać oskarżony o bunt przeciwko Rzymowi.
Wydawało się, że nie ma dobrej odpowiedzi.
Jezus jednak poprosił o monetę.
– Czyja to podobizna i napis? – zapytał.
– Cesarza – odpowiedzieli.
Wtedy Jezus powiedział słowa, które przeszły do historii:
„Oddawajcie więc, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co Bożego, Bogu”.
Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się prosta.
Ale kryje się w niej głębsze znaczenie.
Obraz Boga
Jezus zapytał o podobiznę na monecie.
Skoro widniał na niej wizerunek cesarza, moneta należała do cesarza. Dlatego można było oddać ją jemu.
Ale potem Jezus dodał coś jeszcze: trzeba oddać Bogu to, co należy do Boga.
Co należy do Boga?
Każdy słuchacz rozumiał aluzję.
W Księdze Rodzaju czytamy, że człowiek został stworzony na obraz Boga.
Tak jak moneta nosiła wizerunek cesarza, tak każdy człowiek nosi w sobie obraz Boga.
Dlatego należy do Boga.
Jezus mówił więc coś znacznie głębszego niż tylko odpowiedź na pytanie o podatki. Mówił o tym, że człowiek powinien oddać Bogu całego siebie – swoje serce, umysł, duszę i życie.
Nic dziwnego, że ludzie byli zdumieni.
Nikt nie czynił takich rzeczy
Ale to nie było wszystko.
Jezus nie tylko nauczał w niezwykły sposób. Czynił rzeczy, których nikt inny nie potrafił zrobić.
Uzdrawiał chorych.
Przemienił wodę w wino.
Sprawił, że niewidomi zaczęli widzieć.
Kazał sparaliżowanemu wstać i chodzić.
Nakarmił pięć tysięcy ludzi kilkoma chlebami i rybami.
Ucichzył burzę jednym słowem.
A nawet wskrzeszał zmarłych.
Ludzie w tamtych czasach nie byli naiwni. Widzieli wielu samozwańczych cudotwórców i potrafili rozpoznać oszustwo.
Ale w przypadku Jezusa było inaczej.
Cuda były publiczne. Widziały je setki osób.
I właśnie dlatego ludzie byli zdumieni.
Wszystko to miało cel
Cuda Jezusa nie były jedynie spektaklem.
Każdy z nich był znakiem wskazującym na coś większego.
Z każdym nauczaniem i każdym cudem Jezus składał niezwykłe deklaracje o sobie.
W Kazaniu na górze wielokrotnie mówił:
„Słyszeliście, że powiedziano… A Ja wam powiadam…”.
W tych słowach kryje się ogromne roszczenie. Jezus stawia siebie w pozycji autorytetu nad prawem Starego Testamentu.
Innym razem, przy grobie Łazarza, powiedział:
„Jam jest zmartwychwstanie i życie”.
Nie powiedział jedynie, że może dać życie.
Powiedział, że On jest życiem.
Kim jest ten człowiek?
Kim jest człowiek, który mówi takie rzeczy?
Kto przyjmuje wyznanie ucznia: „Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego” i odpowiada, że sam Bóg objawił mu tę prawdę?
Kto twierdzi, że będzie siedział po prawicy Boga i przyjdzie na obłokach nieba?
Z pewnością nie jest to zwykły nauczyciel moralności.
Ktoś, kto mówi o sobie w taki sposób, twierdzi coś znacznie większego.
Jezus twierdził, że jest Królem.
Królem Izraela.
Królem całej ludzkości.
I właśnie dlatego nie możemy przejść obok Niego obojętnie – tak jak przechodnie w waszyngtońskim metrze minęli jednego z największych muzyków świata, nie zdając sobie sprawy z tego, kogo słuchają.
Bo Jezus nie jest tylko nadzwyczajnym człowiekiem.
Jest kimś znacznie więcej.

