Jezus – Król królów

William Szekspir w 1597 roku włożył w usta Henryka IV słowa narzekania na obowiązki króla. „Jak wielu z moich najuboższych poddanych smacznie śpi o tej porze!” – biadoli król. Następnie zastanawia się, czemu sen chętniej mieszka w rozpadających się ruderach biedoty niż w królewskich pałacach i jak może obdarzać odpoczynkiem przemoczonego majtka rzucanego falami morskimi, odmawiając tego przywileju królowi mimo całego przepychu, który go otacza. „Niespokojna jest głowa, na której spoczywa korona” – woła Henryk.

Ta scena z dramatu Szekspira jest tak frapująca, ponieważ wyrasta z głębokiej ironii. Uważa się, że królowie powinni mieć wszystko. Są bogaci i potężni, dysponują chroniącymi ich armiami, mieszkają w pięknych pałacach i mają na zawołanie służbę spełniającą każdą ich zachciankę. Któż by tego nie chciał? Jednak jeśli znasz nieco historię, wiesz, że król Henryk miał rację. Codzienność monarchy jest daleka od życia w niczym niezmąconym luksusie i spokoju, często wiąże się z lękiem, obawą, a nawet obłędem. Kiedy już zdobędzie się koronę, trzeba ją utrzymać – niejeden król zbyt późno zdał sobie sprawę, jak trudne i niebezpieczne to zadanie!

Mimo wszystko prawdopodobnie możemy się zgodzić, że istnieje jeszcze inny rodzaj ludzi – których głowy zaznają jeszcze mniej spokoju niż te koronowane. Chodzi o sytuacje, w których ktoś twierdzi, że jest królem, podczas gdy nikt inny tego nie uznaje. Historia nie traktowała zbyt miło ludzi zgłaszających pretensje do korony, której jeszcze nie posiadali. Oczywiście istnieje pewna szansa powodzenia i ostatecznego objęcia tronu, ale całe przedsięwzięcie wiąże się z ogromnym ryzykiem. Jeśli jesteś niedoszłym królem, pretendentem do tronu, któremu się nie udało, nie możesz po prostu powiedzieć „przepraszam” i wrócić do dawnego życia. Z dużo większym prawdopodobieństwem wcześniej zostaniesz pozbawiony głowy, na którą zamierzałeś założyć koronę!

Jednym z czynników sprawiających, że Jezus tak przykuwa naszą uwagę, jest fakt, że mocno ścierał się z przywódcami swoich czasów. Był ubogim cieślą pochodzącym z niewiele znaczącego miasteczka usytuowanego na północy Izraela, który ostatecznie wszedł w spór nie tylko z przywódcami swojego ludu, ale i władzami rzymskimi całego regionu. Już samo to wskazuje, że nie mamy do czynienia z jakimś przywódcą religijnym, autorem kilku przysłów na temat życia i tego, jak przez nie przejść. Nie mamy do czynienia jedynie z filozofem czy mędrcem głoszącym zasady etyczne. Nie, kiedy Jezus w poniżeniu wisiał na rzymskim krzyżu, nad Jego głową widniał opis winy, który miał stanowić bezlitosną drwinę zarówno ze skazańca, jak i z uciśnionego narodu. Można było w nim przeczytać: Ten jest Jezus, król żydowski.

Historia Jezusa nie jest opowiadaniem o dobrym człowieku. To opowieść o pretendencie do tronu.

Tron Izraela – już nie pusty

Według Biblii Jezus rozpoczął swoją publiczną służbę w dniu, w którym przyjął chrzest w Jordanie z rąk człowieka znanego jako Jan Chrzciciel.

Jan od wielu miesięcy głosił, że ludzie muszą nawrócić się ze swoich grzechów (czyli po prostu zostawić je), ponieważ, jak wskazywał, Królestwo Boże, czyli Boże panowanie na ziemi, przybliżyło się. Inaczej mówiąc, wkrótce miał zostać objawiony wybrany przez Boga Król, a ludzie mieli się przygotować na Jego przyjście. Na znak nawrócenia Jan zanurzał ludzi w wodzie, co symbolizowało oczyszczenie z grzechu i niesprawiedliwości. Fakt, że Jezus został ochrzczony w taki właśnie sposób, ma wielkie znaczenie, które rozważymy nieco później. Na razie poprzestaniemy na następującej obserwacji: kiedy Jan Chrzciciel ujrzał idącego ku niemu Jezusa, od razu uwierzył, że to ten, którego nadejście tak długo zwiastował. To jest Ten, o którym powiedziałem: Za mną idzie mąż, który był przede mną, bo pierwej był niż ja – powiedział.

O co chodziło? Jan wiedział, że na ziemi ma zostać ustanowione Królestwo Boże. Taka był istota jego zwiastowania. A teraz wskazywał na Jezusa jako Króla tego Królestwa. Co jeszcze bardziej znaczące, chodziło o coś znacznie więcej niż tylko osobiste przekonanie Jana. Zgodnie ze słowami samego Jezusa Jan był ostatnim z proroków Starego Testamentu, końcem całej linii mężczyzn, których największe zadanie polegało na zwróceniu oczu narodu na jedynego prawdziwego Króla. Bóg miał Go ostatecznie posłać, aby ocalić ludzi od ich grzechu. Teraz Jan ogłasza, że ta chwila nadeszła. Król przyszedł.

Może już wiesz, co stało się później. Biblia mówi, że kiedy Jezus wyszedł z wody po swoim chrzcie, ujrzał Ducha Bożego, który zstąpił w postaci gołębicy i spoczął na nim. I oto rozległ się głos z nieba: Ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem. Znaczenie tego wydarzenia nie ogranicza się do zstępującej gołębicy czy głosu, który – jak wszyscy słusznie zrozumieli – był głosem Boga. Jego znaczenie wykracza nawet ponad to, co powiedział głos. Jak zwykle w Biblii, każde słowo jest tu niezwykle bogate w treść, a czasem wręcz ma wiele warstw treści. Lecz jedna rzecz szczególnie przykuwa uwagę. Słowami „Ten jest Syn mój umiłowany” Bóg obdarzył Jezusa starożytną koroną narodu izraelskiego. Jezus oficjalnie objął urząd króla Żydów.

Skąd to wiemy? Sformułowanie „Syn Boży” było dobrze znanym tytułem króla Izraela od czasów Starego Testamentu. Ma on swoje korzenie w wyjściu Izraela z niewoli w Egipcie. Gdy Bóg usłyszał modlitwy Izraelitów o wyzwolenie z rąk Egipcjan, rzucił wyzwanie faraonowi, mówiąc: Moim synem pierworodnym jest Izrael. Mówię do ciebie: Wypuść syna mojego, aby mi służył. Była to deklaracja gorącej, wyróżniającej miłości wobec ludu Izraela. Oddzielała go i czyniła innym od wszystkich pozostałych narodów świata. Bóg ostrzegł faraona, że będzie walczył o Izrael, ponieważ ukochał go jako swojego syna.

Wiele lat później tytuł Bożego Syna został nadany także królowi Izraela. Bóg powiedział o wielkim królu Dawidzie i jego potomkach: Ja będę mu ojcem, a on będzie mi synem. Symbolika ta jest istotna: król Izraela jest nazwany Bożym Synem – zupełnie tak jak naród – gdyż reprezentuje swoją osobą cały naród. Staje jako jego przedstawiciel, a nawet zastępca, przed Bogiem, zatem to, co dzieje się z królem, dotyczy narodu jako całości. W tym symbolicznym sensie król jest Izraelem.

Kiedy to zrozumiesz, dostrzeżesz niezwykłe znaczenie słów, które wypowiedział Bóg podczas chrztu Jezusa. Tak, opisywał relację Ojciec-Syn, która łączyła Go z Jezusem, ale ogłaszał również, że Jezus oficjalnie podejmuje swoje dzieło reprezentowania Izraela jako jego król. Od tego momentu miał stać przed Bogiem jako zastępca, przedstawiciel, a nawet orędownik swojego ludu.

Jezus zawsze wiedział, że prawnie należy mu się godność Króla. Owszem, często mówił ludziom, żeby zachowywali tę prawdę dla siebie, a raz nawet odmówił obwołania siebie samego królem. Powodem jednak nie był fakt, że odrzucił ten urząd, a raczej to, że wiedział, iż ma być Królem zupełnie innego rodzaju, niż ludzie oczekują i chcą. Miał przyjąć koronę na swoich własnych warunkach, a nie błędnych, rewolucyjnych warunkach ludzi.

W istocie Jezus chętnie akceptował uznawanie Go za króla, o ile ludzie rzeczywiście zrozumieli, co ogłaszają. Rozdział 16 Ewangelii Mateusza opisuje rozmowę, w której Jezus, niedługo po kolejnej konfrontacji z przywódcami Izraela, zapytał swoich najbliższych naśladowców, za kogo uważają Go ludzie. Uczniowie podali różne wersje odpowiedzi: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków (w. 14). Najwyraźniej Jezus był tak zdumiewający, że ludzie uważali Go za kogoś, kto powstał z martwych! Cokolwiek myśleli ludzie, Jezusa bardziej interesowały opinie uczniów. Zapytał więc: A wy za kogo mnie uważacie? (w. 15). Tym pytaniem przyparł ich do muru; pierwszy odezwał się uczeń imieniem Szymon. Odparł: Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego (w. 16).

Myślę, że Szymon miał w istocie na myśli więcej niż tylko to, ale co najmniej ogłaszał Jezusa królem Izraela: „Ty jesteś tym namaszczonym – to właśnie po grecku oznacza termin Chrystus – Bożym Synem, Królem!”. Jak odpowiedział Jezus? Przyjął to wyznanie i pochwalił je! Odrzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Szymon, któremu Jezus przy tej okazji nadał imię Piotr, zdał sobie sprawę z tego, co Jezus już wiedział na swój temat. Oto prawowierny Król Izraela.

Prawdziwy Król na prawdziwym tronie z prawdziwą historią

Naród izraelski nie zawsze miał króla. Na początku swojej historii, kiedy był niewiele większy niż szeroko pojęta rodzina, na jego czele stali patriarchowie, a później długa linia proroków i sędziów, których Bóg ustanawiał, aby władali ludem i go chronili. W końcu jednak Izraelici poprosili przewodzącego im proroka Samuela, żeby namaścił im króla. Samuel sprzeciwił się i wskazał im zło, które król miał sprowadzić, lecz naród nalegał – i otrzymał króla. Monarchia izraelska osiągnęła szczyt swojej potęgi za panowania króla Dawida, pastuszka pochodzącego z wioski zwanej Betlejem, którego (ku zaskoczeniu wszystkich) Bóg wybrał, by władał Jego ludem. Błogosławiony i prowadzony przez samego Boga, Dawid był świadkiem niezwykłego rozkwitu Izraela, aż objął panowanie około tysięcznego roku przez naszą erą. Zjednoczył pod swoimi rządami dwanaście plemion Izraela, ujarzmił wrogie narody, zdobył Jerozolimę i uczynił ją stolicą swojego królestwa. Co najważniejsze, Bóg obiecał, że utwierdzi dynastię Dawida na zawsze.

Dawid przeszedł do historii jako największy król Izraela – nawet sam urząd zaczęto nazywać „królestwem Dawida” oraz „tronem Dawida”. Sam Dawid był uznanym wojownikiem, utalentowanym muzykiem, mędrcem, a nawet poetą. Napisał większą część pieśni zawartych w śpiewniku Izraela – Księdze Psalmów – i po dziś dzień stanowi wzór wiary i sprawiedliwości. Dawid nie był doskonały, wręcz przeciwnie, ale jego serce wypełniała głęboka miłość do Boga, przejmujące poczucie winy i ubóstwa przed Nim oraz mocna ufność, że Bóg okaże Mu swe miłosierdzie i przebaczy grzechy. Biblia odnotowuje nawet, że Bóg ogłosił Dawida człowiekiem według swego [Bożego] serca.

Kiedy około 970 roku p.n.e. Dawid zmarł, tron po nim objął jego syn, Salomon. Panowanie Salomona pod wieloma względami przewyższało czasy jego ojca, przynajmniej na początku. Izrael znacząco zyskał na bogactwie i znaczeniu, zdawał się doświadczać złotego wieku. Salomon zmarł jednak po czterdziestu latach królowania, a po jego śmierci monarchię izraelską ogarnął chaos. Wojna domowa sprawiła, że naród podzielił się wkrótce na dwa królestwa – Izrael na północy i Judę na południu.

W ciągu kolejnych kilku wieków władcy obu krajów popadli w bałwochwalstwo i rażącą niegodziwość. O jednym z królów północy – Achazie – wiadomo, że złożył nawet w ofierze dla pogańskiego bożka swojego syna, spalając go żywcem.

Wobec tego wszystkiego Bóg posyłał proroków, którzy ostrzegali zarówno Izrael, jak i Judę, by odwrócili się od swoich grzechów i zawrócili do Niego. Gdyby tak zrobili, Bóg byłby im przebaczył i odnowił ich jako naród. Gdyby odmówili, miał nadejść sąd i śmierć. Żadne z królestw się nie upamiętało. Dlatego około 700 roku p.n.e. północne królestwo Izraela zostało najechane przez potężne imperium asyryjskie, a ludność uprowadzona do niewoli. Południowe królestwo, Juda, utrzymało się jeszcze przez nieco ponad sto lat. Wtedy, w roku 586 p.n.e., nadciągnął Nebukadnesar, władca Babilonu, który zniszczył Jerozolimę z jej świątynią, a ludzi deportował do Babilonu. Jeśli chodzi o króla z linii Dawida, został uprowadzony przez Babilończyków i oślepiony. W jego nozdrzach umieszczono hak i zabrano go również do Babilonu, gdzie do końca życia spożywał posiłki przy stole króla Nebukadnesara. To ostatnie stanowiło oczywiście upokorzenie, nie zaszczyt – oto królewski potomek Dawida został zdegradowany do roli ślepego, zdruzgotanego człowieka, pozostającego na utrzymaniu króla Babilonu.

Po wielu latach, gdy imperium perskie pokonało Babilończyków, następnie Grecy poskromili Persów, a wreszcie Rzymianie połknęli Greków, Izrael nie zdołał ponownie ustanowić niepodległego króla. Pozostawał uciśnionym wasalem innych narodów. Przez sześć stuleci tron Dawida pozostawał nieobsadzony.

Nie oznacza to jednak, że wszelkie nadzieje zostały pogrzebane. Żyły dzięki temu, że przez wszystkie lata katastrofy narodowej, którą był podział, schyłek i upadek Izraela, prorocy nieustannie przepowiadali czas, w którym dynastia Dawida będzie odnowiona. Mówili Izraelitom, że pewnego dnia Bóg pośle Króla, który będzie panował na tronie Dawida w doskonałej prawości i sprawiedliwości. Miał zostać namaszczony Duchem Bożym, miał zwrócić serca ludu do oddawania chwały wyłącznie Bogu i władać na wieki z mądrością, współczuciem i miłością. Jakby tego było mało, Bóg obiecał też, że nie będzie to tylko tron narodu Izraela. Jego autorytet miał się stać powszechny, a wszystkie narody ziemi miały spieszyć do Jerozolimy, by uczcić Króla Izraela, Króla królów.

Wszystkie te proroctwa musiały wydawać się niedorzeczne, gdy królowie izraelscy jeden po drugim pogrążali się w niegodziwość i spadał na nich Boży sąd. Musiały wydawać się ponurym żartem, kiedy ostatni król z linii dawidowej błagał o miłosierdzie, po czym Babilończycy wyłupili mu oczy. Lecz gdyby ludzie uważnie słuchali proroków, zauważyliby, że opisy obiecanego Króla nie wskazywały na kolejnego człowieka, który objąłby na pewien czas tron, a następnie umarł. Wydawał się kimś znacznie większym. Gdyby tylko się przysłuchali, odkryliby, że ich Bóg nie obiecał tylko, że pośle króla Izraelowi, lecz że sam przyjdzie i będzie ich Królem. Spójrzmy, co prorok Izajasz powiedział o narodzeniu tego wielkiego Króla:

Albowiem dziecię narodziło się nam, syn jest nam dany i spocznie władza na jego ramieniu.

Nic szczególnego, prawda? To samo można powiedzieć o każdym królu. Czytajmy jednak dalej:

I nazwą go: Cudowny Doradca, Bóg Mocny, Ojciec Odwieczny, Książę Pokoju. Potężna będzie władza i pokój bez końca na tronie Dawida i w jego królestwie, gdyż utrwali ją i oprze na prawie i sprawiedliwości, odtąd aż na wieki.

Teraz widać, że nie mówimy o zwykłym królu. Żaden zwykły król nie panuje odtąd aż na wieki, nie rządzi bez końca. Żadnego zwykłego króla nie można z ręką na sercu nazwać Cudownym Doradcą, Ojcem Odwiecznym, Księciem Pokoju. A ponad wszystko inne, nikt – król czy ktokolwiek inny – nie może w uzasadniony sposób przypisać sobie tytułu Bóg Mocny. Nikt z wyjątkiem… Boga.

Szeroko otwarte oczy i umysł pochłonięty podziwem

Zawsze wyobrażam sobie, że Szymon Piotr wypowiedział znamienne słowa „Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego” szeptem, z szeroko otwartymi oczami i umysłem pochłoniętym podziwem. Myślę, że zaczynał wszystko pojmować. Owszem, dawnych królów tytułowano „syn Boży” i wszyscy myśleli, że to po prostu tytuł. Ale tak nie było. To Bóg wskazywał w przyszłość i mówił, że sam zamierza objąć tron Dawida. Dokładnie tak, jak zapowiedzieli prorocy – wielki Król będzie „synem Bożym” nie tylko symbolicznie, nie tylko tytularnie, ale faktycznie. Sam Bóg miał zostać Królem.

Właśnie z tego zdał sobie sprawę Piotr. Człowiek siedzący przed nim był Królem, Chrystusem, Namaszczonym Izraela i dlatego – zgodnie ze swoim tytułem – „synem Bożym”. Jednak był także Synem Boga. Nie tylko królem Izraela, ale i Królem królów.

Piotr zdał sobie sprawę, że ten człowiek jest Bogiem.

Fragment książki „Kim jest Jezus?” Grega Gilberta, wyd. Fundacja Ewangeliczna. Wykorzystano za zgodą wydawnictwa.

Podziel się!