Szaleństwo Lutra

skopiuj link
https://youtu.be/Z15kpZcLD2I?si=Y6OMvEP1H_bj06AA

Transkrypcja wideo

Chciałbym rozpocząć tę sesję od pytania dotyczącego historii Kościoła. Zobaczcie, czy potraficie zidentyfikować dla mnie słynnego teologa którego pewien współczesny mu człowiek, cieszący się większym autorytetem niż on sam, opisał kiedyś jako dzika. Oczywiście, nazwisko to przyszło wam już do głowy. Mam na myśli, oczywiście, Marcina Lutra, a tym ,kto nazwał go dzikiem, był papież Leon.

W bulli papieskiej, która ekskomunikowała Lutra, tytuł brzmiał Exsurge Domine, co pochodzi z pierwszych wersów tego papieskiego oświadczenia wysłanego z Watykanu, a pierwsze słowa oznaczają: „Powstań, Panie! Broń swojej sprawy, gdyż”, jak dalej mówi papież, „w Twojej winnicy grasuje dzik”.

Według legendy papież Leon miał jeszcze coś do powiedzenia na temat Lutra po tym, jak ten opublikował swoje 95 tez, co wywołało ogromne poruszenie w całych Niemczech, a kontrowersja ta rozprzestrzeniła się na całą Europę i dotarła do samego Watykanu Kiedy sprawa dotarła do wiadomości Leona, powiedział on: „To zapijaczony Niemiec. Zmieni zdanie, kiedy wytrzeźwieje”.

Mówię to, aby zwrócić uwagę na fakt, że w XVI wieku w sporach teologicznych dopuszczalne było omawianie spraw nie w dystyngowanej, uprzejmej formie dialogu ale w raczej dość zjadliwej formie kontrowersyjnej debaty. A więc jeśli przeczytacie pisma z XVI wieku, po obu stronach sporu, wydaje się, że ci ludzie są bezlitośni w swoich atakach na siebie nawzajem. Jednak nawet w tym gronie bezlitosnych debatantów Marcin Luter stanowił klasę samą w sobie. Był tak nieopanowany, tak bombastyczny, a czasami tak grubiański, że ludzie sugerowali nawet, iż cierpiał na zaburzenia psychiczne. Właśnie to chciałbym rozważyć podczas tej sesji.

Z perspektywy psychoanalizy XX wieku wydano wyrok, że Marcin Luter był w rzeczywistości obłąkany. Jeśli jesteś protestantem i ten werdykt jest prawdziwy, oznacza to, że korzenie twojego przekonania religijnego można przypisać szaleńcowi.

Ciekawe jest to, jak historycy mogą sądzić, że mogą cofnąć się w przeszłość i obserwować, jak rośnie trawa, z perspektywy 2000 lat później. Cóż, nie ma granic dla optymizmu niektórych psychoanalityków, którzy sądzą, że mogą cofnąć się w czasie i z dużej odległości zdiagnozować stan psychiczny kogoś, kto żył 400 czy 500 lat temu, czy nawet więcej. Byli też tacy, którzy doszli do wniosku, że Marcin Luter był szalony.

Ale chcę zapytać: dlaczego? Co ludzie dostrzegali w Lutrze, co skłaniało ich do myślenia, że być może ten człowiek postradał zmysły?

Wspomniałem już o tej niezwykłej porywczości Lutra. Czytamy na przykład jego słynne dzieło „O niewolnej woli”, które jest odpowiedzią na wyrafinowanego humanistycznego uczonego Erazma z Rotterdamu gdzie Erazm napisał dzieło przeciwko Lutrowi zatytułowane „Diatryba”.

A kiedy Luter odpowiadał Erazmowi, mówił takie rzeczy. Powiedział: „Erazmie, ty głupcze, ty idioto”. Powiedział: „Dlaczego w ogóle poświęcam czas na słuchanie tych marnych argumentów, które przedstawiasz?”. Powiedział: „Jesteś elokwentny, a twoje pióro jest wspaniałe, ale czytanie tego, co napisałeś, jest jak patrzenie na kogoś idącego ulicą ze złotymi i srebrnymi miskami wypełnionymi łajnem” Właśnie w ten sposób Luter angażował się w debatę teologiczną. Nie będę tłumaczyć tych słów na język potoczny, ale myślę, że rozumiecie o co chodzi.

Luter nie tylko był nieopanowany w mowie, ale był też ewidentnie neurotyczny. Szczególnie jeśli chodzi o swoje zdrowie, był hipochondrykiem. Przez całe życie cierpiał na zaburzenia lękowe i nadwrażliwość żołądka, co bardzo dobrze rozumiem. Miał kamienie nerkowe, co również bardzo dobrze rozumiem. Sześć lub siedem razy przepowiadał własną śmierć. Za każdym razem, gdy Luter miał ból brzucha, był przekonany, że to śmiertelna choroba. I zawsze oglądał się przez ramię, myśląc, że ogar z nieba zaraz się na niego rzuci i zgotuje mu jakąś karę.

Miał wiele legendarnych fobii. Tak bardzo bał się gniewu Bożego, że na początku swojej posługi ktoś zadał mu pytanie: „Bracie Marcinie, czy kochasz Boga?”. Wiecie, co odpowiedział? Powiedział: „Kochać Boga?” Pytasz mnie, czy kocham Boga? Kocham Boga? Czasami nienawidzę Boga. Postrzegam Chrystusa jako surowego sędziego, który po prostu patrzy na mnie, by mnie ocenić i zesłać na mnie cierpienie. Wyobraźcie sobie młodego mężczyznę przygotowującego się do posługi, który oświadcza, że przechodzi okresy nienawiści do Boga A ta nienawiść była nierozerwalnie związana z tym paraliżującym strachem przed Bogiem, o którym mówił Luter.

Wiemy, że gdy był młodym mężczyzną, jego ojciec planował, by Luter został wybitnym prawnikiem, a stary Hans Luter który był górnikiem w Niemczech, oszczędzał pieniądze, aby umożliwić synowi studia na najlepszej uczelni prawniczej na kontynencie. A kiedy Luter został studentem prawa, bardzo szybko wyróżnił się jako jeden z najbystrzejszych młodych umysłów w dziedzinie nauk prawnych w całej Europie.

Jednak w samym środku tego doświadczenia, pewnego popołudnia wracał do domu, jadąc konno, gdy nagle bez ostrzeżenia zerwała się burza, a Luter znalazł się uwięziony na drodze w środku gwałtownej burzy z piorunami. Błyskały pioruny, grzmiało, i nagle uderzyła błyskawica tak blisko jego konia, że Luter został zrzucony z konia na ziemię ,po czym musiał sprawdzić, czy nadal żyje.

I wtedy, w obliczu tego cudu, który uratował go przed śmiercią, krzyknął: „Św.Anno, pomóż mi! Zostanę mnichem!” I uznał to za uniknięcie śmierci o włos, za boski znak w swoim życiu oraz wezwanie do posługi. Więc, ku niezadowoleniu ojca, rzucił studia prawnicze, wstąpił do klasztoru i rozpoczął przygotowania do zostania księdzem.” Niewiele jest osób, które tak reagują na bliskie spotkanie z piorunem.

Pamiętam, że kilka lat temu podczas turnieju Western Open pod Chicago trzech czołowych zawodników profesjonalnej ligi golfowej zostało rannych przez uderzenie pioruna, w tym Lee Trevino. Przeżyli to trudne doświadczenie, a wkrótce potem Trevino pojawił się w nocnym talk-show, a prowadzący zapytał go: „Panie Trevino, Czego nauczył się Pan z tego doświadczenia kiedy omal nie zginął Pan od uderzenia pioruna? Trevino uśmiechnął się i powiedział: „ Nauczyłem się, że kiedy Wszechmogący chce wyprzedzić cię do dołka, trzeba zejść Mu z drogi.” A potem Trevino dodał żartobliwie: „Nauczyłem się też, żeby zawsze zachowywać ostrożność, gdy jestem w pobliżu burzy z piorunami.” A prowadzący zapytał: „Co pan wtedy robi?” Odpowiedział: „Cóż, teraz, gdy widzę błyskawicę, natychmiast wyciągam mój 1-iron i idę wzdłuż toru golfowego, trzymając go w powietrzu”. A on zapytał: „Dlaczego, na litość boską, miałbyś trzymać metalowy kij w powietrzu? To jak piorunochron?”. A on odpowiedział: „Nie, nie, nie”. Powiedział: „Nawet Bóg nie trafiłby żelaznej jedynki”.

Trevino zareagował więc na swoje bliskie spotkanie ze śmiercią w wyniku uderzenia pioruna z typową dla siebie żartobliwością i lekceważeniem, podczas gdy Luter został zmuszony do zmiany całego swojego życia, wstąpienia do klasztoru, porzucenia kariery, nie z miłości do Boga, ale z fobicznej obsesji na punkcie gniewu Bożego.

W końcu nadszedł dzień, w którym Luter miał zostać wyświęcony i miał odprawić swoją pierwszą mszę. W końcu jego ojciec i rodzina w pewnym sensie pogodzili się z pochopną decyzją syna, a Hans Luther postanowił przybyć i uczestniczyć w uroczystości pierwszej mszy, którą odprawi jego syn, a jak wiadomo, Luter wyróżniał się w szkole jako wybitny uczony i znakomity mówca. Ludzie więc z niecierpliwością czekali na jego wystąpienie i odprawienie pierwszej mszy.

Musicie coś zrozumieć: w Kościele rzymskokatolickim, podczas sprawowania mszy, zgodnie z wiarą Kościoła rzymskokatolickiego, w trakcie tej liturgii ma miejsce boski, nadprzyrodzony, natychmiastowy cud, w którym podczas modlitwy konsekracji – którą może odmówić tylko ten, kto przeszedł święcenia kapłańskie i został wyświęcony na kapłana – podczas tej modlitwy ma miejsce cud, zwany transsubstancjacją, w którym mimo że wygląd chleba i wina pozostaje ten sam i nikt nie dostrzega żadnej widocznej zmiany w tych elementach, to jednak Rzym wierzy, że następuje substancjalna i istotowa zmiana w tych elementach, którą nazywają transsubstancjacją, to znaczy, że substancja chleba i wina zmienia się w substancję samego ciała i krwi Chrystusa, podczas gdy akcydenty, to znaczy zewnętrzne, dostrzegalne cechy chleba i wina pozostają takie same.

To jest cud, a Luter przygotowywał się podczas swojej edukacji do tej chwili, kiedy odmówi tę modlitwę nad elementami, a boska tajemnica się dokona, tak że po konsekracji w rękach tego syna górnika nie będzie chleba, nie będzie wina, nie będzie zwykłych elementów pochodzących z ziemi, ale nic innego jak święte ciało i krew Jezusa Chrystusa.

Nadeszła więc chwila podczas mszy, w której miała zostać wypowiedziana modlitwa, i wszyscy czekali, aż Luter wypowie słowa konsekracji. Dotarł do tego momentu mszy, a ten człowiek, który był tak arogancki, tak ewidentnie zdolny do wystąpień publicznych, zbliżył się do tej chwili i nagle zamarł. Zaczął drżeć, otworzył usta, poruszał wargami, ale żadne słowa nie wychodziły. I wyglądało to tak, jakby ludzie siedzący w zgromadzeniu próbowali wyciągnąć słowa z jego ust, a jego ojciec chował twarz ze wstydu, że jego syn nie potrafił nawet przeprowadzić prostej celebracji mszy, którą zapamiętał tysiące razy.

Wszyscy myśleli, że po prostu zapomniał tekstu. Nie zapomniał tekstu. W końcu po prostu wymamrotał go, szybko zakończył mszę i opuścił prezbiterium, czując się głęboko zawstydzony.

Później jednak wyjaśnił, że nie była to chwilowa utrata pamięci, lecz raczej zaczął rozważać myśl, że on, grzeszny człowiek, ośmiela się trzymać w swoich nieczystych rękach cenne Ciało i Krew Chrystusa. Luter był tak przytłoczony poczuciem własnej niegodności, że w tej chwili zamarł.

Och, istnieją inne opowieści o Lutrze, które wskazują na niezwykły charakter jego postępowania. Pamiętamy, że po rozpoczęciu reformacji wybuchł spór między kalwinistami a luteranami dotyczący sprawowania Wieczerzy Pańskiej i podjęto wszelkie wysiłki, aby osiągnąć porozumienie między tymi dwiema silnymi siłami protestantyzmu; spotkali się oni na bardzo ważnym sympozjum i tam omawiali swoje różnice.

Luter nalegał na fizyczną obecność ciała Chrystusa podczas celebracji Wieczerzy Pańskiej i po prostu podniósł pięść i zaczął walić nią w stół raz po raz. Hoc est corpus meum, hoc est corpus meum, tak jak zrobił to Nikita Chruszczow w ONZ kilkadziesiąt lat temu, kiedy zdjął but i zaczął nim uderzać o stół, aby zwrócić na siebie uwagę. Luter nie chciał debatować. Nie chciał dyskutować. Po prostu powtarzał w kółko: „To jest moje ciało”.

To dziwny człowiek.

Mówi się, że być może tym, co najbardziej wskazuje na jego szaleństwo, jest widoczne oddanie megalomanii. Bo jak inaczej można wyjaśnić, że ktoś jest gotów przeciwstawić się każdej strukturze władzy na tym świecie i jako młody ksiądz stanąć zupełnie sam przeciwko wszystkim autorytetom kościoła, przeciwko papieżowi, przeciwko soborom kościelnym, przeciwko najlepszym teologom w kraju? Cóż, przeszedł przez wszystkie te debaty w Lipsku. Debatował z Martinem Acke. Debatował z kardynałem Kajetanem. Wpakował się w kłopoty z papieżem, a teraz w końcu cała dyskusja osiąga punkt kulminacyjny, w którym Luter zostaje zaproszony na sejm, sejm cesarski w Wormacji.

W Wormacji Luter staje przed sądem i zostanie poproszony o odwołanie swoich pism. Ma stanąć przed sądem nie tylko przed władzami kościelnymi, ale także przed władzami świeckimi. Otrzymał też prawo bezpiecznego przejazdu, by stawić się na tę doniosłą okazję, jaką jest jego proces, zanim dotrze tam w swoim typowym stylu. Pytają go: „Cóż, co zamierzasz powiedzieć, gdy dotrzesz do Wormacji?”. A on odpowiedział tak. Powiedział: „Wcześniej mówiłem o papieżu jako o namiestniku Chrystusa, ale teraz zamierzam powiedzieć, że papież jest przeciwnikiem Chrystusa, namiestnikiem szatana”. Takie właśnie oświadczenia zwykł wydawać – mało taktowne i dyplomatyczne.

Świat więc patrzył, gdy przygotowano scenę na sejm cesarski w Wormacji, a Luter wszedł do sali. A Hollywood chciałby, żebyście na to spojrzeli w ten sposób: że Luter wkroczył do sali sądowej i stał tam sam jako centrum uwagi, podczas gdy widownia, tłumy książąt kościelnych i książąt państwowych spoglądały na niego z wyniosłych miejsc, a inkwizytor wstał, odczytał zarzuty i wskazał na książki leżące na stole obok Lutra, i powiedzieli: Marcinie Lutrze, czy wyrzekniesz się tych pism?

A wersja hollywoodzka wygląda tak. Luter spojrzał w górę na publiczn i ujrzał przedstawicieli cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, ujrzał książąt niemieckich, ujrzał biskupów i przedstawicieli Kurii Rzymskiej, i rzekł: „O ile nie przekonają mnie Pismo Święte lub oczywisty rozum, nie wyrzeknę się, gdyż moje sumienie jest zniewolone Słowem Bożym, a postępowanie wbrew sumieniu nie jest ani słuszne, ani bezpieczne”. Oto stoję, niech mi Bóg pomoże, nie mogę postąpić inaczej, a reformacja niech trwa. Tak to się nie wydarzyło.

W tym momencie historii Kościoła, kiedy zadano pytanie Marcinowi Lutrowi: Marcinie Lutrze, czy wycofasz się ze swoich poglądów? Wiecie, co odpowiedział? Odpowiedział na pytanie, ale nikt w sali nie słyszał, co powiedział. Pytali: co powiedział, co powiedział? Mów głośniej, Lutrze. Co powiedziałeś? Czy wyrzekniesz się tych pism?

Spojrzeli na władze, a on powiedział… Czy mogę dostać 24 godziny, żeby to przemyśleć. Nie wiedział, czy ma rację. Otrzymał dodatkowy czas i udał się do swojej celi na prywatną modlitwę i medytację. Tej nocy napisał modlitwę, która przetrwała do dziś, i chciałbym przeczytać wam jej fragment, abyście mogli poczuć udrękę duszy, jaką przeżywał Marcin Luter w noc poprzedzającą ostateczny werdykt.

Dla Lutra była to prywatna Getsemani i modlił się on w ten sposób:

O Boże, wszechmocny, wieczny Boże, jakże straszny jest ten świat! Spójrz, jak otwiera sięjego paszcza, by mniepochłonąć, i jak małajest moja wiara w Ciebie! O, słabość ciała i moc szatana! Jeśli mam polegać na jakiejkolwiek sile tego świata, wszystko jest skończone! Rozległ się dzwon pogrzebowy, wyrok został wydany, o Boże, o Boże, o Ty, mój Boże, pomóż mi przeciwko całej mądrości tego świata! Uczyń to, błagam Cię, uczyń to swoją potężną mocą, bo to nie jest moje dzieło, lecz Twoje. Nie mam tu nic do roboty, nie mam o co walczyć z tymi wielkimi mężami świata. Chętnie spędzałbym dni w szczęściu i pokoju, ale ta sprawa jest Twoja, a jest ona sprawiedliwa i wieczna. O Panie, pomóż mi, o wierny i niezmienny Boże! Nie polegam na człowieku, bo to daremne. Wszystko, co pochodzi od człowieka, chwieje się, wszystko, co dla niego się dzieje, musi się nie powieść. Boże mój, Boże mój, czyż nie słyszysz? Boże mój, czyż już nie żyjesz? Nie, nie możesz umrzeć, po prostu się ukrywasz. Wybrałeś mnie do tego zadania, wiem to. Dlatego, Boże, spełnij swoją wolę i nie opuszczaj mnie ze względu na Twojego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa, moją obronę, moją tarczę, moją twierdzę”.

I kontynuuje w ten sposób.

A następnego dnia, gdy Luter powrócił do sali na sejmie w Wormacji, a inkwizytor ponownie zadał mu pytanie, rzekł: „Bracie Marcinie, czy teraz wyrzekniesz się tych nauk?”. I znów Luter zawahał się przez chwilę. I rzekł. O ile nie przekona mnie Pismo Święte. Albo przez oczywisty rozum. Nie rozumiesz, że nie mogę się wyrzec. Moje sumienie jest zniewolone przez Słowo Boże. A postępowanie wbrew sumieniu nie jest ani słuszne, ani bezpieczne. Oto stoję. Nie mogę postąpić inaczej. Dopomóż mi Boże.

Megalomania? Wizje wielkości? Być może.

Jeszcze jedna kwestia. W rzeczywistości ten aspekt życia Lutra sprawia, że ludzie naprawdę myślą, iż był szalony. Wiąże się to z jego latami spędzonymi w klasztorze. Obowiązkiem i praktyką każdego młodego księdza w klasztorze było przestrzeganie zasad i reguł klasztoru oraz codzienna spowiedź przed spowiednikiem. I zgodnie z rutyną inni bracia wchodzili do konfesjonału i mówili: Ojcze, zgrzeszyłem. A kiedy wysłuchiwali mojej spowiedzi, pytali: „No i co zrobiłeś?”. Mówiłem: „Cóż, wczoraj wieczorem po zgaszeniu świateł użyłem świeczki i przeczytałem trzy dodatkowe rozdziały z Psalmów, choć nie powinienem był tego robić”. Albo wczoraj po południu w stołówce pożądliwie patrzyłem na udko kurczaka brata Henry’ego. No bo w końcu w jakim kłopotach można się znaleźć w klasztorze?

Ci faceci przychodzili do spowiedzi, a ojciec spowiednik mówił: odmów tyle a tyle Zdrowaś Maryjo, wykonaj tę pokutę, i odsyłał ich z powrotem do ich obowiązków jako mnichów.

A potem Luter podchodził do konfesjonału i mówił: Ojcze, przebacz mi, bo zgrzeszyłem. Minęły dwadzieścia cztery godziny od mojej ostatniej spowiedzi. I zaczynał wyliczać grzechy, które popełnił w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. I nie zajmowało mu to pięciu czy dziesięciu minut, ani pół godziny, czy godziny, lecz były dni, dzień po dniu, które Luter spędzał w konfesjonale, wyznając grzechy minionego dnia, a zajmowało mu to dwie, trzy, a nawet cztery godziny. Do tego stopnia, że doprowadzało to przełożonych w klasztorze do szału.

Złożyli mu skargę i powiedzieli: „Bracie Marcinie, przestań tak przejmować się drobiazgami”. Jeśli masz coś wyznać, niech to będzie prawdziwy grzech. Ale wszystko, co robił Luter, to były te wszystkie drobne sprawy, i zaczęli czuć, że się obija. Powiedzieli: „O co chodzi? Lubisz spędzać czas w konfesjonale? Nie lubisz wykonywać zadań, które zostały ci powierzone jako kapłanowi? Jednak jego spowiednik zrozumiał, że Luter, niezależnie od wszystkiego, podchodził do tego z wielką powagą.

Luter ujawnił później, że wychodził z konfesjonału po trzy- lub czterogodzinnym maratonie i słyszał słowa księdza mówiącego: „grzechy twoje są odpuszczone”, i czuł ulgę i radość, gdy wracał do swojej celi, aż nagle przypominał sobie grzech, który popełnił, a o którym zapomniał wyznać, i cała radość oraz cały spokój znikały.

To szaleństwo, jeśli zgodnie ze współczesną terminologią psychiatryczną rozumiemy, że człowiek posiada naturalne, wbudowane mechanizmy obronne, które chronią go przed własnymi wyrzutami sumienia. Jako istoty ludzkie jesteśmy bardzo, bardzo biegli w zaprzeczaniu poczuciu winy i usprawiedliwianiu się. Czasami mówi się, że granica między szaleństwem a geniuszem jest cienka. I że geniusze czasami przekraczają tę granicę w tę i z powrotem, i podejrzewam, że być może tak właśnie było w przypadku Lutra,

ponieważ psychiatrzy przeoczają w przypadku tego człowieka to, że zanim Luter w ogóle studiował teologię, już wyróżniał się błyskotliwością jako student prawa. Wziął więc ten niezwykle bystry, wyćwiczony umysł prawnika i zastosował go do prawa Bożego. A potem przyglądał się Prawu Bożemu i jego wymaganiom, pełni wymagań doskonałości, i analizował siebie w świetle świętego Prawa Bożego, a wyników nie mógł znieść.

Nieustannie oceniał siebie, nie porównując się z innymi ludźmi, ale patrząc na wzorzec charakteru Boga, na sprawiedliwość Boga, i widział siebie jako tak okropnego w porównaniu z Bożą sprawiedliwością, że po pewnym czasie zaczął nienawidzić samej idei Bożej sprawiedliwości.

Pewnej nocy, gdy jako doktor teologii przygotowywał wykłady dla swoich studentów na Uniwersytecie w Wittenberdze na temat doktryn i nauk apostoła Pawła awartych w Liście do Rzymian, czytając pierwszy rozdział, komentarze oraz fragment napisany wieki później przez Augustyna, dotarł do Listu do Rzymian 1 i przeczytał te słowa: „W niej bowiem objawia się sprawiedliwość, jak jest napisane”. „…Sprawiedliwy będzie żył z wiary”. I nagle w jego umyśle zrodziła się myśl, że ten fragment Listu do Rzymian nauczał o sprawiedliwości Bożej, nie o tej sprawiedliwości, dzięki której sam Bóg jest sprawiedliwy, ale opisywał sprawiedliwość Bożą, którą Bóg zapewnia tobie i mnie, łaskawie i bezpłatnie każdemu, kto pokłada ufność w Chrystusie. Każdy, kto pokłada ufność w Chrystusie, otrzymuje osłonę w płaszczu sprawiedliwości Chrystusa.

Luter powiedział: „Dotarło to do mnie i po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że moje usprawiedliwienie, moja pozycja przed Bogiem opiera się nie na mojej własnej, nagiej sprawiedliwości, która zawsze będzie nie wystarczająca wobec wymagań Boga, ale opiera się wyłącznie i całkowicie na sprawiedliwości Jezusa Chrystusa, której muszę się trzymać poprzez wiarę opartą na zaufaniu”. Powiedział: „A kiedy po raz pierwszy w życiu to zrozumiałem, zrozumiałem ewangelię, spojrzałem i ujrzałem, jak drzwi raju otworzyły się na oścież, i przeszedłem przez nie”.

To tak, jak Luter powiedział światu od tego dnia, do papieży i soborów, do sejmów i królów: sprawiedliwy z wiary żyć będzie, usprawiedliwienie wyłącznie przez wiarę – jeśli Bóg jest święty, a ja nie, to jest to zasada, na której kościół stoi lub upada, i nie negocjuję tego z nikim. Ponieważ to jest Ewangelia.

Panie i panowie, jeśli to szaleństwo, modlę się, aby Bóg zesłał na ten świat armię takich szaleńców, aby Ewangelia nie została przyćmiona, abyśmy zrozumieli, że w obecności świętego Boga my, niesprawiedliwi, możemy zostać usprawiedliwieni dzięki temu, że Bóg w swojej świętości, nie rezygnując z niej, ofiarował nam świętość swojego Syna jako okrycie dla naszych grzechów, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.

To jest ewangelia, za którą Luter był gotów umrzeć.

Pomódlmy się. Ojcze, dziękujemy Ci za świadectwo tego szaleńca. że zrozumiał, jak bardzo potrzebujemy sprawiedliwości, która nie jest nasza, aby zakryć nasz brak sprawiedliwości. Ojcze, dziękujemy Ci, że nie zawiesiłeś nas nad otchłanią piekła, tak jak uczyniłeś to z Lutrem, że nie doprowadziłeś nas do rozpaczy, zanim mogliśmy dostrzec słodycz i chwałę Chrystusa. Ale jeśli właśnie tego potrzeba, aby każdy, kto słyszy to przesłanie, je przyjął, modlę się, o Boże, aby z ręki nieba zostało ono wysłane do sumienia każdego, kto odrzuca tę łaskę, aż, podobnie jak Luter, będą gotowi skakać z radości, rozumiejąc, że ich sprawiedliwość jest w Chrystusie i tylko w Chrystusie. Amen.

Udostępnij!
    Dołącz!
    Wpisz swój e-mail, aby co dwa tygodnie otrzymywać najnowsze materiały EWC.