O laserach i wezwaniach do przyjęcia Jezusa

© Lightstock

Dlaczego biblijna ewangelizacja to coś więcej niż „decyzja” na końcu nabożeństwa

Wyobraź sobie duży kościół w centrum miasta. Elegancko ubrani ludzie, starannie ułożone fryzury, atmosfera „wielkiego wydarzenia”. A po kazaniu – punkt kulminacyjny, który ma być ważniejszy niż wszystko, co wydarzyło się wcześniej: wezwanie do wyjścia do przodu.

Dla wielu chrześcijan to scena dobrze znana. Dla innych – obca, a nawet niepokojąca. I właśnie w tej napiętej przestrzeni, gdzie zderzają się szczerość serc, presja chwili oraz kościelne przyzwyczajenia, rodzi się pytanie, którego nie wolno ominąć:

Czy to, co nazywamy „ewangelizacją”, naprawdę jest ewangelizacją?

Ten artykuł nie jest atakiem na ludzi, którzy pragną przyprowadzać innych do Jezusa. Przeciwnie – jest próbą powrotu do fundamentów. Bo jeśli pomylimy definicję ewangelizacji, możemy nie tylko skrzywdzić jednostki, ale również… powoli uśmiercić cały kościół.


Pewna historia z Memphis: gdy „wezwanie” stało się najważniejsze

W latach siedemdziesiątych autor tej historii był świeżo nawróconym entuzjastą chrześcijaństwa. W pierwszym semestrze studiów przyprowadził do Jezusa kolegę z pokoju – Johna. Niedługo potem obaj trafili na nabożeństwo do dużego kościoła baptystycznego w centrum Memphis.

Autor wyglądał jak człowiek z innej planety: rude afro, dzwony, fioletowy trencz. Wokół garnitury, porządek, religijna „powaga”.

Po kazaniu i śpiewach pastor ogłosił, że najważniejszą częścią nabożeństwa jest wezwanie do wyjścia naprzód. Ludzie podnosili ręce. Zostali poproszeni, by wyszli z ławek i podeszli do przodu.

Wtedy John szepnął:
Myślisz, że powinienem iść?
To nie zaboli. Pójdę z tobą — odpowiedział autor.

Wyszli razem. Dopiero po chwili zrozumieli, że wiele osób idących do przodu to… porządkowi, którzy mieli stworzyć wrażenie „odpowiedzi na wezwanie”.

I wtedy zaczęła się prawdziwa presja.

Pastor podszedł blisko, z mikrofonem, w świetle reflektorów:
Dlaczego tu jesteś, synu?
Autor wyjaśnił, że John chce publicznie wyznać wiarę. Pastor pochwalił Johna, a potem zwrócił się do autora:
A ty? Jesteś chrześcijaninem?
Jestem.
Czy chciałbyś ponownie oddać swoje życie Jezusowi?
Oczywiście… tak sądzę.

Następnie pastor odwrócił się do kamery na balkonie i oznajmił telewidzom, że oto „dwóch młodych ludzi oddało życie Jezusowi” – i że każdy może zrobić to samo w swoim domu.

Autor przyznaje: zrozumienie, co naprawdę wydarzyło się w tamtym momencie, zajęło mu lata.


Czy to była ewangelizacja?

Odpowiedź nie jest prosta. Wiele osób naprawdę przyszło do Chrystusa w kontekście podobnych wezwań. I to powinno wzbudzać w nas pokorę. Bóg jest suwerenny – potrafi użyć nawet najmniejszego ziarenka prawdy, by doprowadzić człowieka do zbawienia.

Podczas spotkania pastorów w Southeastern Seminary rektor Danny Akin zadał pytanie:

Ilu z was nawróciło się w kościele, który ewangelizował w sposób, jaki dziś byście odrzucili?

Prawie wszyscy podnieśli ręce.

To dużo mówi. Bóg działa również pośród słabych metod i pomieszanych motywacji. Nie oznacza to jednak, że mamy usprawiedliwiać wszystko „wynikami”.

Bo Biblia nie uczy: „Rób cokolwiek działa”. Biblia uczy: Bądź wierny Bogu. Głoś prawdę. Nie manipuluj. Nie kłam. Nie zamieniaj Ewangelii w produkt.


Problem „natychmiastowych wyników”

Kiedy autor wraca myślami do Memphis, widzi, że tamte praktyki były napędzane pragnieniem szybkiego efektu:

  • za duży nacisk na decyzję „tu i teraz”,
  • zbyt wiele troski o wrażenie i widzów,
  • zbyt mało troski o stan duszy, grzech i prawdziwe nawrócenie.

Wezwanie do przyjęcia Jezusa samo w sobie nie musi być złe. Ale gdy staje się najważniejszą częścią nabożeństwa, gdy zastępuje jasne nauczanie Słowa, gdy zaczyna działać jak technika sprzedażowa – kościół zaczyna balansować na krawędzi błędu.

Autor stawia kilka bolesnych, ale potrzebnych pytań:

  • Czy naprawdę najważniejsze jest „wyjście do przodu”, a nie głoszenie Słowa Bożego?
  • Gdzie w Biblii ludzie podnoszą rękę, by „zaprosić Jezusa do serca”?
  • Kiedy „pójście do przodu” zastąpiło chrzest jako publiczną demonstrację wiary?
  • Czy porządkowi udający „nawróconych” nie byli formą manipulacji?
  • Czy pastor mówiący publicznie nieprawdę o dwóch chłopakach nie składał fałszywego świadectwa?

Najbardziej przejmujące jest jednak co innego: ten kościół przegapił największą rzecz, która stała tuż przed nim.

Oto młody chłopak, który kocha przyjaciela i przyprowadził go do Jezusa, dzieląc się tym, co wie o Ewangelii.
To właśnie jest obraz zdrowej ewangelizacji. Cichy, prawdziwy, osobisty – bez reflektorów, bez trików, bez „show”.


Dlaczego definicja jest kluczowa

Skąd wiemy, że mamy do czynienia z ewangelizacją? Odpowiedź brzmi: zależy od definicji.

Jeśli zdefiniujemy ewangelizację jako „liczbę odpowiedzi”, zawsze będziemy ulegać pokusie manipulacji. Jeśli zdefiniujemy ją biblijnie – praktyka zacznie się oczyszczać.

Autor proponuje prostą definicję, która przez lata dobrze mu służyła:

Ewangelizacja to nauczanie Ewangelii w celu przekonania do niej słuchacza.

Brzmi niepozornie. Ale to zdanie daje znacznie lepsze narzędzie oceny niż liczenie, ile osób wyszło do przodu.

Zauważ dwie rzeczy:

  1. Nie ma tu wymogu natychmiastowej reakcji.
    Podniesienie ręki, modlitwa czy wyjście do przodu mogą towarzyszyć ewangelizacji, ale same w sobie nią nie są.
  2. Jeśli brakuje któregoś elementu definicji, najpewniej nie mamy do czynienia z ewangelizacją.
    Może to być motywowanie, wzruszanie, inspirowanie, rozrywka, a nawet moralne nauczanie – ale niekoniecznie Ewangelia.

Autor zachęca: zamiast uczyć ludzi „jak reagować na wezwanie”, uczmy ich czym jest Ewangelia i czego Bóg wymaga w nawróceniu. Przekonujmy – ale bez manipulacji. Nie mylmy ludzkiej reakcji z działaniem Ducha. Nie kłammy na temat rezultatów. I przede wszystkim:

Nie nazywajmy ludzi chrześcijanami bez dowodów, że są uczniami Chrystusa.


Cztery filary biblijnej ewangelizacji

Autor rozkłada definicję na cztery części. Dzięki temu ewangelizacja przestaje być mglista i „emocjonalna”, a staje się jasna, konkretna i biblijna.

1) Nauczanie: nie ma ewangelizacji bez słów

Ewangelizacja nie dzieje się bez treści. Jezus jest Słowem. Bóg objawia zbawienie przez swoje słowa, bo człowiek nie jest w stanie sam dojść do Boga.

Biblia od początku do końca jest księgą nauczania – i wzywa lud Boży do nauczania: dzieci, bliźnich, młodszych, słabszych. Jedną z cech wyróżniających starszych w kościele jest umiejętność nauczania.

Jezus, widząc tłumy jak owce bez pasterza, okazywał miłosierdzie – i pierwszym aktem miłosierdzia było nauczanie.

To ważna wiadomość: nie wszyscy będą kaznodziejami, ale wszyscy mogą nauczać Ewangelii w rozmowie, przy stole, w kawiarni, podczas lunchu. Autor zauważa nawet, że ludzie często nawracają się nie podczas kazania, ale w rozmowie po nim, gdy ktoś pyta: „Co myślisz o tym, co dziś usłyszeliśmy?”

2) Ewangelia: nie moralność, nie samopomoc, nie „lepsze życie”

Nauczamy nie czegoś ogólnego, ale Ewangelii – radosnej nowiny od Boga, która prowadzi do zbawienia.

Tu autor ostrzega przed dwoma błędami:

  • Skurczona ewangelia: traktowanie jej jak „ubezpieczenia” na życie wieczne, bez konsekwencji dla całego życia.
  • Nadmuchana ewangelia: twierdzenie, że do zbawienia trzeba Ewangelii plus coś jeszcze (uczynki, prawo, rytuały, religijność). To zawsze kończy się zniekształceniem.

Dlatego w ewangelizacji koncentrujemy się na przesłaniu, które prowadzi do pojednania z Bogiem. Autor streszcza je w układzie: Bóg – człowiek – Chrystus – reakcja:

  • Bóg jest Stwórcą, świętym i sprawiedliwym Sędzią.
  • Człowiek, choć stworzony na obraz Boga, zbuntował się i stał się winny.
  • Chrystus żył bezgrzesznie, umarł za grzeszników, zmartwychwstał.
  • Bóg wzywa do pokuty i wiary, czyli do odwrócenia się od grzechu i pójścia za Chrystusem.

3) Cel: nie akademicki wykład, ale ratowanie życia

Ewangelizacja ma kierunek. Nie przekazujemy danych jak na wykładzie. Rozmawiamy, bo stawka jest ogromna: życie wieczne albo potępienie.

To pomaga wybierać właściwe bitwy i właściwy ton. Autor przytacza sytuację z programu radiowego: kobieta była wściekła na katolicki chrzest dziecka w rodzinie. Otrzymała radę, by… pójść na tę uroczystość nie jako aprobata błędu, ale z większym celem: budować relację, okazać miłość i zdobyć prawo do rozmowy o jedynej drodze zbawienia.

Cel nie rozmywa prawdy. Cel sprawia, że prawda jest podana z miłością, a nie z pragnieniem wygrania sporu.

4) Przekonać: przekonywać, ale nie manipulować

W ewangelizacji zmierzamy do tego, by człowiek się nawrócił. Paweł mówi, że staramy się przekonywać ludzi. Ale przekonywanie to nie manipulacja.

Nie my dajemy nowe serce. Nawrócenie jest dziełem Ducha Świętego. Dlatego chrześcijanin może mówić prawdę jasno, wzywać do pokuty i wiary, a jednocześnie nie udawać, że „produkuje” nawróconych.

Najważniejsze jednak jest to, że prawdziwe nawrócenie ma skutek: przemienione życie.

Autor ilustruje to historią z synagogi, gdzie podczas wykładu włączył się alarm przeciwpożarowy. Wszyscy siedzieli, racjonalizowali, czekali, aż „samo przejdzie”. Tylko jeden człowiek wstał i wyszedł. Jeśli to przenośnia, to on jedyny potraktował alarm poważnie.

Tak samo jest z Ewangelią: człowiek nie jest „przekonany” dopóty, dopóki nie pokutuje, nie wierzy i nie idzie za Jezusem.


Co się dzieje, gdy kościół myli ewangelizację?

Autor nazywa niebiblijną ewangelizację rodzajem eutanazji dla kościoła. Dlaczego? Bo gdy Ewangelia jest zniekształcona, zaczyna przewracać się całe domino:

  • głoszenie przechodzi w moralizm,
  • niewierzący są uspokajani, że „wszystko z nimi w porządku”,
  • powierzchowne wyznanie wiary myli się z nowym narodzeniem,
  • kościół chrzci niewierzących,
  • kościół przyjmuje niewierzących do członkostwa,
  • niewierzący stają się liderami,
  • zbór staje się subkulturą nominalizmu.

Wtedy nawet jeśli jest dużo „aktywności”, mało jest życia.


Zakończenie: mniej reflektorów, więcej prawdy

Ewangelizacja nie jest show. Nie jest techniką wywierania presji. Nie jest zbieraniem statystyk. Nie jest „miękką sprzedażą” duchowej samopomocy.

Ewangelizacja to nauczanie Ewangelii w celu przekonania do niej słuchacza.
Uczciwie. Jasno. Z miłością. Bez manipulacji. Z wiarą, że Duch Święty daje nowe serce.

I dlatego, nawet jeśli świat kocha efekty, a kościelne „systemy” kuszą szybkimi wynikami, kościół Chrystusa musi wracać do jednego: do Słowa, do prawdy, do Dobrej Nowiny.

Bo kiedy Ewangelia jest głoszona wiernie, Bóg robi to, czego my nie potrafimy: wskrzesza duchowo martwych.

Udostępnij!
    Dołącz!
    Wpisz swój e-mail, aby co dwa tygodnie otrzymywać najnowsze materiały EWC.