Jakie skutki powinna wywołać Boża suwerenność w naszym nastawieniu do zwiastowania ewangelii? 

Wiemy, że suwerenność Boga w udzielaniu łaski nie dotyczy niczego, co powiedzieliśmy w związku z naturą i obowiązkiem zwiastowania ewangelii. Wiemy również, że jedynie suwerenność Boga w udzielaniu łaski daje nam nadzieję na sukces w zwiastowaniu ewangelii. 

Jakie skutki powinna wywołać taka ufność i pewność w naszym nastawieniu do zwiastowania ewangelii? Przynajmniej trzy: 

(I) Powinno to uczynić nas śmiałymi. 

Powinno powstrzymać nas od bycia zniechęconymi wtedy, gdy stwierdzamy tak, jak często się to dzieje, że pierwszą reakcją ludzi na ewangelię jest zlekceważenie jej z obojętnością lub nawet potępieniem. Taka reakcja nie powinna nas zaskoczyć. Jest to jedyna reakcja, jakiej można oczekiwać od niewolników grzechu i szatana. Nie powinno to też pozbawiać nas odwagi, gdyż nie ma serca, które jest zbyt twarde dla łaski Boga. Paweł był zawziętym przeciwnikiem ewangelii, lecz Chrystus położył swoją rękę na nim i Paweł został złamany i narodzony na nowo. Ty sam od czasu, gdy stałeś się chrześcijaninem, ciągle jesteś uczony tego, jak zepsute, zwodnicze i zdeprawowane jest twoje własne serce; nim stałeś się chrześcijaninem, twoje serce było jeszcze gorsze, a jednak Chrystus zbawił cię i to powinno wystarczyć, aby przekonać cię, że On może zbawić każdego. W ten sposób wytrwałość w prezentowaniu ewangelii nienawróconym ludziom takim jak ty znajduje swoje zastosowanie. Nie tracisz czasu na darmo. Nie marnujesz zarówno swojego czasu, jak i ich. Nie masz powodu, by być zawstydzonym ze względu na swoje poselstwo lub niezdecydowanym i przepraszać za to, że je przekazujesz. Masz wszelkie powody do tego, by być śmiałym, swobodnym i naturalnym oraz pełnym nadziei na osiągnięcie sukcesu. Bóg może bowiem udzielić swojej prawdzie skuteczności, której ty i ja nie możemy udzielić. Bóg może sprawić, że Jego prawda zatryumfuje nawróceniem pozornie najbardziej zatwardziałego niewierzącego człowieka. Ty i ja, jeśli wierzymy w suwerenność Jego łaski, nigdy nie opiszemy nikogo jako niemającego nadziei i będącego poza zasięgiem Boga. 

(II) Ta ufność powinna uczynić nas cierpliwymi. 

Ona powinna zachować nas od bycia zniechęconymi wtedy, gdy stwierdzamy, że nasze wysiłki ewangelizacyjne nie spotykają się z natychmiastową odpowiedzią. Bóg zbawia w wybranym przez siebie czasie i nie powinniśmy przypuszczać, że działa w takim pośpiechu jak my. Musimy pamiętać o tym, że wszyscy jesteśmy dziećmi naszych czasów i że duch naszych czasów jest duchem szalonego pośpiechu. Jest to duch pragmatyzmu, duch, który żąda szybkich rezultatów. Współczesnym ideałem jest osiągać coraz więcej i więcej poprzez czynienie coraz mniej i mniej. Jest to wiek wynalazków uwalniających od pracy, wykresów skuteczności i automatyzacji. Nastawienie, jakie to wszystko wywołuje, jest jedno: niecierpliwość w stosunku do wszystkiego, co zajmuje czas i wymaga ciągłego wysiłku. Mamy skłonność do tego, by być wiekiem byle jakim; czujemy się urażeni, spędzając czas i robiąc cokolwiek gruntownie. Ten duch ma skłonność do zatruwania naszego zwiastowania ewangelii (nie mówiąc już o innych dziedzinach naszego chrześcijaństwa), i to z katastrofalnymi rezultatami. Jesteśmy kuszeni do tego, aby działać w wielkim pośpiechu w stosunku do ludzi, których mamy zdobyć dla Chrystusa, i do tego, by wtedy, gdy nie widzimy w nich natychmiastowej odpowiedzi, stać się niecierpliwymi, przygnębionymi, a także stracić zainteresowanie nimi i czuć, że jest to bezcelowe, aby spędzać z nimi więcej czasu. W taki sposób natychmiast rezygnujemy z naszych wysiłków i pozwalamy na to, by ci ludzie przestali być obiektem naszego zainteresowania. Jest to jednak całkowicie niewłaściwe. Jest to brak zarówno miłości do człowieka, jak i wiary w Boga. 

A prawda jest taka, że dzieło zwiastowania ewangelii wymaga więcej cierpliwości i zwyczajnej odporności, więcej rezerw wytrwałej miłości i troski, niż większość z nas, XX‑wiecznych chrześcijan, ma. Jest to praca, w której nie ma obietnicy szybkich rezultatów. Jest to więc praca, w której brak szybkich rezultatów nie jest znakiem niepowodzenia, lecz w której nie możemy mieć nadziei na sukces, jeżeli nie jesteśmy przygotowani do wytrwałej pracy z ludźmi. Pomysł, że jedno ewangelizacyjne kazanie lub jedna poważna rozmowa powinny wystarczyć do nawrócenia kogoś, kto kiedykolwiek został nawrócony, jest rzeczywiście śmieszny. Jeśli widzisz kogoś, kto – jak się wydaje – uwierzył dzięki jednemu takiemu kazaniu lub rozmowie, to z reguły stwierdzisz, że jego serce zostało już wcześniej dobrze przygotowane przez sporą część chrześcijańskiego nauczania i że Duch działał nad nim, zanim ty go spotkałeś. Prawo, które ma zastosowanie w takich przypadkach, jest następujące: „W tym właśnie prawdziwe jest przysłowie: Kto inny sieje, a kto inny żnie” (J 4,37). Z drugiej strony, jeśli spotkasz człowieka, który nie jest w taki sposób przygotowany, człowieka, który jeszcze nie jest przekonany o prawdziwości ewangelii i być może nie ma pojęcia, i to nawet błędnego pojęcia, o czym ewangelia faktycznie jest, to jest to coś gorszego niż działanie niepotrzebne: usiłować, ponaglać go do podjęcia szybkiej „decyzji”. Być może będziesz mógł, znęcając się nad nim, spowodować u niego pewnego rodzaju psychologiczny kryzys, lecz to nie będzie zbawcza wiara i nie będzie to dla niego dobre. To, co masz uczynić, to spędzać z nim czas, zaprzyjaźnić się z nim, towarzyszyć mu, by zorientować się, w jakim miejscu on się znajduje w kategoriach duchowego zrozumienia, i rozpocząć zajmowanie się nim właśnie od tego miejsca. Musisz wyjaśnić mu ewangelię i być pewnym tego, że on ją rozumie i że jest przekonany o jej prawdziwości, zanim zaczniesz nalegać, by udzielił samodzielnej odpowiedzi. Jeśli będzie to potrzebne, musisz być gotowy, aby mu pomóc przejść przez czas szukania pokuty i wiary, zanim pozna wewnątrz siebie samego, że przyjął Chrystusa i Chrystus przyjął jego. Na każdym etapie musisz być chętnym do tego, by iść razem z nim tak szybko, jak tego chce Bóg, co może wydawać się tobie dziwnie powolne. Jest to jednak zakres kompetencji Boga, a nie twoich. Ty masz za zadanie po prostu dotrzymać kroku temu, co Bóg czyni w jego życiu. Twoja gotowość do bycia cierpliwym wobec niego, właśnie w taki sposób, jest dowodem twojej miłości do niego, w nie mniejszym stopniu niż jest dowodem twojej wiary w Boga. A zatem jeżeli nie jesteś chętny do tego, by być cierpliwy, nie masz prawa oczekiwać tego, że Bóg okaże ci łaskę poprzez uzdolnienie cię do zdobywania dusz. 

Skąd ten pomysł, że cierpliwość jest tak nieodzowna w pracy ewangelizacyjnej? Z uwydatnienia tego faktu, że Bóg jest suwerenny w udzielaniu łaski i że Jego słowo nie wraca puste; stąd, że On jest tym, który udziela nam takich sposobności w celu dzielenia się naszą wiedzą o Chrystusie z innymi, na jakie natrafiamy, i dlatego, że jest On zdolny do tego, by w czasie przez Niego uznanym za dobry oświecić ich i przywieść ich do wiary. Bóg często w tej sprawie ćwiczy naszą cierpliwość, tak jak i w innych dziedzinach. Tak jak sprawił, że Abraham czekał 25 lat na narodziny swojego syna, tak samo często sprawia, że chrześcijanie czekają na to, co pragnęliby widzieć, na przykład nawrócenie ich przyjaciół. A zatem potrzebujemy cierpliwości, jeżeli mamy wypełnić nasz obowiązek w pomaganiu innym w dojściu do wiary. I drogą rozwoju cierpliwości jest uczyć się żyć w kategoriach naszej wiedzy o wolnej i łaskawej suwerenności Boga. 

(III) Ostatecznie ufność powinna skłonić nas do modlitwy. 

Modlitwa, tak jak powiedzieliśmy na początku, jest wyznaniem niemocy i potrzeby, uznaniem bezradności i uzależnienia i błaganiem, by potężna moc Boga uczyniła dla nas to, czego my sami nie jesteśmy w stanie dla siebie uczynić. W sprawie zwiastowania ewangelii, tak jak to już widzieliśmy, jesteśmy bezsilni. Jesteśmy całkowicie uzależnieni od tego, że Bóg uczyni nasze świadectwo skutecznym. Jako że jedynie On jest zdolny do tego, aby udzielić ludziom nowych serc, możemy mieć nadzieję na to, że poprzez nasze głoszenie ewangelii grzesznicy narodzą się na nowo. Te fakty powinny doprowadzić nas do modlitwy. Bożym zamiarem jest to, aby one nas doprowadziły do modlitwy. Bóg chce od nas w tej, a także w innych sprawach, abyśmy rozpoznali i wyznali naszą bezsilność i byśmy powiedzieli Mu, że polegamy jedynie na Nim, i byśmy prosili Go, by uwielbił swoje imię. To jest Jego sposób działania – regularnie powstrzymywać swoje błogosławieństwa, dopóki Jego lud nie zacznie się modlić: „Nie macie, bo nie prosicie” (Jk 4,2), „Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje, a temu, kto puka, będzie otworzone” (Mt 7,7‑8). Jeżeli jednak ty i ja jesteśmy zbyt dumni lub leniwi, aby poprosić, to nie możemy oczekiwać tego, że coś otrzymamy. Jest to uniwersalna reguła w sprawie zwiastowania ewangelii, tak jak w każdej innej. Bóg sprawi, że będziemy się modlić, zanim pobłogosławi naszą pracę, w tym celu, abyśmy mogli ciągle na nowo uczyć się, że jesteśmy we wszystkim uzależnieni od Boga. I wtedy, gdy Bóg pozwoli nam zobaczyć nawrócenia, nie będziemy kuszeni do tego, by przypisywać je naszym własnym talentom, umiejętnościom, mądrości lub sile przekonywania, lecz jedynie Jego pracy, i w taki sposób będziemy wiedzieli, komu powinniśmy za nie dziękować. 

Poznanie tego, że Bóg jest suwerenny w udzielaniu łaski, i tego, że my jesteśmy bezsilni, by zdobywać dusze, powinno zatem sprawić, że będziemy się modlić i będziemy trwać w modlitwie. Co powinno być treścią naszych modlitw? Powinniśmy się modlić za tych, których staramy się pozyskać, aby Duch Święty otwarł ich serca. I powinniśmy modlić się za siebie samych, o nasze własne świadectwo, i za wszystkich, którzy zwiastują ewangelię, aby moc i autorytet Ducha Świętego mogły spocząć na nich. Apostoł Paweł napisał do Tesaloniczan: „Na koniec, bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pana szerzyło się i rozsławiało jak i u was” (2Tes 3,1). Paweł był wielkim ewangelistą, który widział wiele owoców, lecz wiedział, że każda jego cząstka pochodziła od Boga i że gdyby Bóg nie kontynuował swojego działania zarówno w nim, jak i w tych, którym on głosił ewangelię, to on nigdy nie nawróciłby drugiego człowieka. Z tego powodu prosi o modlitwę, aby jego zwiastowanie ewangelii mogło ciągle okazywać się owocne. On prosi: „módlcie się, aby słowo ewangelii mogło być rozsławione poprzez moje zwiastowanie i poprzez skutek, jaki ono wywiera na życie ludzi. Módlcie się o to, aby ono mogło być ciągle używane do nawracania grzeszników”. To dla Pawła jest pilna potrzeba, właśnie dlatego, że Paweł widzi tak wyraźnie, iż jego zwiastowanie nie może zbawić nikogo, jeżeli Bóg w swym suwerennym miłosierdziu nie zechce błogosławić go i używać do tego celu. Widzisz, że Paweł nie twierdził, że modlitwa jest niepotrzebna, ponieważ Bóg jest suwerenny w zbawianiu grzeszników, tak samo jak nie twierdził tego, że zwiastowanie ewangelii jest niepotrzebne, ponieważ Bóg jest suwerenny w zbawianiu grzeszników. Raczej twierdzi on, że właśnie dlatego, iż zbawienie grzeszników całkowicie zależy od Boga, modlitwa o owocność zwiastowania ewangelii jest jeszcze bardziej potrzebna. A ci, którzy dzisiaj wraz z Pawłem wierzą najmocniej w suwerenne działanie Boga i w to, że jedynie ono prowadzi grzeszników do Chrystusa, powinni składać świadectwo swojej wiary poprzez okazywanie się najbardziej stałymi, najwierniejszymi, najpoważniejszymi i najwytrwalszymi w modlitwie o to, by Boże błogosławieństwo mogło spoczywać na głoszeniu Jego słowa i aby słuchający go grzesznicy mogli być zrodzeni na nowo. Taki jest ostateczny aspekt wiary w suwerenność Bożej łaski w sprawie zwiastowania ewangelii. 

Powiedzieliśmy wcześniej, że ta doktryna w żaden sposób nie redukuje ani nie ogranicza zakresu naszego ewangelizacyjnego posłannictwa. Teraz widzimy, że będąc daleko od zawężania ich, ona faktycznie je rozwija. Ona bowiem stawia nas w obliczu faktu, że istnieją dwie strony ewangelicznego posłannictwa. Jest to posłannictwo nie tylko do tego, by głosić, lecz również do tego, by się modlić. Nie tylko do tego, by mówić ludziom o Bogu, lecz również do tego, by mówić Bogu o ludziach. Zwiastowanie i modlitwa muszą iść w parze. Nasze zwiastowanie ewangelii nie będzie zgodne z naszą znajomością rzeczy ani też nie będzie błogosławione, jeśli tak się nie stanie. Mamy głosić ewangelię, ponieważ bez poznania ewangelii żaden człowiek nie może być zbawiony. Mamy się modlić, ponieważ jedynie suwerenny Duch Święty w nas i w sercach ludzi może uczynić nasze zwiastowanie efektywnym dla zbawienia ludzi, a Bóg nie pośle swojego Ducha tam, gdzie nie ma modlitwy. Ewangeliczni chrześcijanie są obecnie zajęci reformowaniem swoich metod głoszenia ewangelii i to jest dobre. To jednak nie doprowadzi do ewangelizacyjnej owocności, jeśli również Bóg nie zreformuje naszej modlitwy i nie wyleje na nas nowego ducha błagania o dzieło zwiastowania ewangelii. Nasza droga rozwoju w zwiastowaniu ewangelii jest taka: powinniśmy być uczeni na nowo składania świadectwa o naszym Panu i Jego ewangelii ze śmiałością, cierpliwością, mocą, autorytetem i miłością, zarówno publicznie, jak i prywatnie, w głoszeniu zza kazalnicy i w pracy z pojedynczymi osobami. Wraz z tym powinniśmy również być uczeni na nowo modlenia się z pokorą i natręctwem o Boże błogosławieństwo dla naszego świadectwa. Jest to tak proste – i tak trudne. Gdy wszystko zostało powiedziane, co ma być powiedziane o reformacji metod zwiastowania ewangelii, ciągle niezmiennym faktem jest to, że nie ma drogi naprzód innej niż ta: jeśli my nie odnajdziemy tej drogi, to nie będziemy się rozwijać. 

Udostępnij!
    Dołącz!
    Wpisz swój e-mail, aby co dwa tygodnie otrzymywać najnowsze materiały EWC.