Jakie jest ewangeliczne poselstwo?

Jednym słowem, ewangelicznym poselstwem jest ewangelia Chrystusa, i to ukrzyżowanego. To posłanie mówiące o ludzkim grzechu i Bożej łasce, o winie człowieka i Bożym przebaczeniu, o nowym narodzeniu i nowym życiu udzielonym dzięki darowi Ducha Świętego. Jest to poselstwo składające się z czterech podstawowych składników: 

1. Ewangelia jest poselstwem mówiącym o Bogu. Mówi nam, kim On jest, jaki jest Jego charakter, jakie są Jego standardy moralne, czego żąda On od nas, swoich stworzeń. Mówi o tym, że właśnie Jemu zawdzięczamy nasze istnienie, że nieważne, czy jesteśmy dobrzy, czy źli, zawsze znajdujemy się w Jego rękach i pod Jego kontrolą, i że stworzył nas po to, abyśmy Go wielbili i służyli Mu, abyśmy ukazywali Jego wspaniałość i żyli dla Jego chwały. Te prawdy są fundamentem religii teistycznej i dopóki one nie zostaną zrozumiane, dopóty reszta poselstwa ewangelii nie będzie wydawała się ani przekonująca, ani istotna. Historia chrześcijaństwa zaczyna się właśnie od tego punktu – od zapewnienia o całkowitej i stałej zależności człowieka od jego Stwórcy. 

W tej sprawie znowu możemy się uczyć od Pawła. Gdy zwiastował on ewangelię Żydom, tak jak w Antiochii Pizydyjskiej, nie musiał wspominać, że rodzaj ludzki jest Bożym stworzeniem; mógł założyć, że jego słuchacze posiadają tę wiedzę, gdyż ich wiara opierała się na Starym Testamencie. Mógł od razu przystąpić do głoszenia im Chrystusa jako wypełnienia nadziei zawartej w Starym Testamencie. Gdy jednak Paweł głosił ewangelię poganom, którzy nie wiedzieli nic o Starym Testamencie, musiał cofać się daleko w czasie i zaczynać od początku. A tym początkiem, od którego w takich wypadkach rozpoczynał zwiastowanie Paweł, była doktryna mówiąca o Bogu jako Stwórcy i o człowieku jako Jego stworzeniu. Gdy więc Ateńczycy poprosili go, aby wyjaśnił im, czego w ogóle dotyczyła jego mowa na temat Jezusa i zmartwychwstania, opowiedział im najpierw o Bogu Stwórcy i o tym, po co stworzył On człowieka: „Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, ten, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką. Ani nie jest czczony rękoma ludzkimi tak, jakby czegoś potrzebował, ponieważ sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko. I z jednej krwi uczynił wszystkie narody ludzkie, żeby mieszkały na całej powierzchni ziemi, określiwszy czasy wcześniej wyznaczone i zamierzone granice ich zamieszkania; żeby szukali Pana, czy go nie znajdą po omacku, chociaż nie jest daleko od nikogo z nas. Bo w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak też powiedzieli niektórzy z waszych poetów: I my bowiem jesteśmy z jego rodu” (Dz 17,24‑28). „Ludzie, co robicie? My też jesteśmy ludźmi, podlegamy tym samym doznaniom co wy. Głosimy wam, abyście się odwrócili od tych marności do Boga żywego, który stworzył niebo, ziemię, morze i wszystko, co się w nich znajduje” (Dz 14,15). Nie był to, jak niektórzy przypuszczali, fragment swego rodzaju filozoficznej apologetyki, której później Paweł się wyrzekł, lecz pierwsza i podstawowa lekcja deistycznej wiary. Ewangelia zaczyna się od pouczenia nas o tym, że jako stworzenia jesteśmy całkowicie zależni od Boga, i o tym, że Bóg jako Stwórca posiada absolutne prawo do sprawowania władzy nad nami. Tylko wtedy, gdy się tego nauczymy, możemy zobaczyć, czym jest grzech, a tylko wtedy, gdy będziemy widzieć, czym jest grzech, zrozumiemy dobrą nowinę o zbawieniu od grzechu. Musimy wiedzieć, co oznacza nazywanie Boga Stwórcą, zanim będziemy mogli zrozumieć, co oznacza mówienie o Nim jako o Odkupicielu. Nic nie można osiągnąć przez mówienie o grzechu i zbawieniu tam, gdzie ta wstępna lekcja nie została w pewnym stopniu przeprowadzona. 

2. Ewangelia jest poselstwem o grzechu. Mówi ona, jak wiele brakuje nam do sprostania Bożym standardom; jak staliśmy się winni, nieczyści i bezsilni w sprawie grzechu i że teraz znajdujemy się pod gniewem Boga. Mówi o tym, że powodem, dla którego ciągle grzeszymy, jest to, że jesteśmy grzesznikami z natury i że nic, co czynimy lub próbujemy uczynić dla nas samych, nie może poprawić nas ani przywrócić do łaski Bożej. Ewangelia pokazuje nam, jak Bóg nas widzi, i uczy nas myśleć o nas samych tak, jak Bóg myśli o nas. W ten sposób prowadzi nas do rozpaczy nad samymi sobą. I jest to również konieczny krok. Dopóki nie zostaniemy pouczeni o naszej potrzebie bycia zrehabilitowanymi w oczach Boga i o naszej niezdolności, aby to osiągnąć swoim wysiłkiem, dopóty nie możemy uświadomić sobie tego, kim jest Chrystus, który zbawia od grzechu. 

Jest w tym zawarta pewna pułapka. Życie każdego z nas wiąże się z rzeczami, które wywołują niezadowolenie i wstyd. Każdy posiada w swym sumieniu świadomość zła dotyczącą niektórych spraw z przeszłości, sytuacji, kiedy nie postąpiliśmy zgodnie ze standardami, które dla siebie ustanowiliśmy lub których oczekiwaliśmy od innych. Niebezpieczeństwo polega na tym, że w naszym zwiastowaniu ewangelii zadowolilibyśmy się pobudzaniem ludzi do myślenia o tych sprawach i ich zaniepokojeniem z tego powodu, a następnie przedstawianiem Chrystusa jako tego, który zbawia nas od zła, nawet bez zadania pytania o naszą relację z Bogiem. A to właśnie jest pytanie, które należy postawić wtedy, gdy mówimy o grzechu. W Biblii bowiem idea grzechu oznacza właśnie przestępstwo przeciwko Bogu, które niszczy relacje człowieka ze Stwórcą. Jeżeli nie zobaczymy naszych wad w świetle prawa i świętości Boga, to w ogóle nie będziemy patrzeć na nie jako na grzechy. Grzech bowiem nie jest pojęciem społecznym; jest to pojęcie teologiczne. Mimo że wiele grzechów popełnianych przez człowieka skierowanych jest przeciwko społeczeństwu, to grzech nie może być zdefiniowany w kategoriach zarówno człowieka, jak i społeczeństwa. My nigdy nie wiemy, czym grzech naprawdę jest, dopóki nie nauczymy się myśleć o nim Bożymi kategoriami i oceniać Go nie za pomocą ludzkich standardów, lecz za pomocą kryterium Jego wymogu posiadania całego naszego życia. 

Tym, co zrozumieliśmy, jest prawda, że złe sumienie, które naturalnie posiada człowiek, z pewnością nie jest tym samym co przekonanie o grzechu. Nie można więc wyciągnąć wniosku, że człowiek jest przekonany o grzechu wtedy, gdy jest zaniepokojony z powodu swoich słabości i błędów, które popełnił. Po prostu bycie nieszczęśliwym z powodu samego siebie, swoich niepowodzeń i swojej niemocy, by sprostać wymaganiom życia, nie oznacza jeszcze przekonania o grzechu. Nie byłaby to również zbawcza wiara, gdyby człowiek w tych warunkach wzywał Pana Jezusa Chrystusa właśnie po to, aby uśmierzył jego ból, dodał mu otuchy i sprawił, by znów mógł poczuć pewność siebie. Nie zwiastowalibyśmy także ewangelii (choć mogłoby nam się wydawać, że tak jest), gdyby wszystko to, co robiliśmy, było przedstawianiem Chrystusa w kategoriach ludzkich potrzeb emocjonalnych („Czy jesteś szczęśliwy? Czy jesteś usatysfakcjonowany? Czy pragniesz pokoju umysłu? Czy czujesz, że zawiodłeś? Czy masz dość siebie samego? Czy chcesz mieć przyjaciela? Jeśli tak, to przyjdź do Chrystusa. On zaspokoi każdą twoją potrzebę…” – tak jakby o Panu Jezusie Chrystusie należało myśleć jako o dobrej wróżce lub superpsychiatrze). Nie, my musimy sięgnąć głębiej. Nauczanie o grzechu nie oznacza umiejętności wykorzystywania poczucia słabości ludzi (pranie mózgu), lecz poddawanie ich życia kategoriom świętego Bożego prawa. Być przekonanym o grzechu nie oznacza po prostu uczucia, że jest się uniwersalnym fajtłapą, tylko uświadomienie sobie tego, że obraziło się Boga, zlekceważyło Jego autorytet, że jest się w stanie buntu przeciwko Niemu, że jest się wrogo nastawionym wobec Niego przestępcą. Zwiastowanie Chrystusa oznacza ukazywanie Go jako tego, przez którego krzyż człowiek zostaje znowu doprowadzony do właściwej relacji z Bogiem. Złożenie wiary w Chrystusie oznacza poleganie na Nim i jedynie na Nim, że przywróci nas do łaski Bożej i społeczności z Bogiem. 

W istocie jest to prawda, że prawdziwy Chrystus, Chrystus Biblii, który ofiaruje się nam jako Zbawca od grzechu i nasz Orędownik u Boga, faktycznie udziela pokoju, radości, sił moralnych i przywileju, jakim jest Jego przyjaźń wobec tych, którzy Mu zaufali. Chrystus, którego opisuje się w taki sposób, że jest osobą upragnioną tylko ze względu na to, by rozliczne okoliczności życia uczynił łatwiejszymi, udzielając pociechy i pomocy, nie jest jednak prawdziwym Chrystusem, lecz Chrystusem fałszywie przedstawionym i błędnie zrozumianym – czyli urojonym Chrystusem. I jeżeli uczymy ludzi patrzeć na urojonego Chrystusa, to nie będziemy mieli żadnych podstaw do tego, by oczekiwać, że znajdą oni prawdziwe zbawienie. Musimy się więc strzec przed niebezpieczeństwem zrównania naturalnego złego sumienia i uczucia rozpaczy z duchowym przekonaniem o grzechu, a omijając ten błąd w naszym zwiastowaniu ewangelii, powinniśmy wpoić grzesznikom tę podstawową prawdę dotyczącą ich stanu, mianowicie – że grzech oddzielił ich od Boga i wystawił na Jego potępienie, wrogość i gniew, tak że teraz ich pierwszą potrzebą jest przywrócenie społeczności z Bogiem. 

Można postawić pytanie: jakie są oznaki prawdziwego przekonania o grzechu, odróżniające je od zwykłego cierpienia spowodowanego złym sumieniem lub zwykłego rozgoryczenia życiem, które może odczuwać każda rozczarowana osoba? 

Wydaje się, że istnieją trzy takie oznaki: 

(I) Przekonanie o grzechu jest w swej istocie świadomością złej relacji z Bogiem: nie tylko ze swoim bliźnim, nie tylko ze swym własnym sumieniem i swoimi ideałami, lecz ze swym Stwórcą – Bogiem, w którego ręku znajduje się moje tchnienie i od którego zależy moje istnienie w każdej sytuacji. Definiowanie przekonania o grzechu jako świadomości potrzeby bez jej określenia nie byłoby wystarczające; to nie jest świadomość żadnej potrzeby, lecz świadomość szczególnej potrzeby – potrzeby przywrócenia więzi z Bogiem. Jest to uświadomienie sobie, że w tym stanie, w jakim obecnie się znajduję, jestem w relacji z Bogiem, która oznacza dla mnie zarówno teraz, jak i w przyszłości jedynie odrzucenie, karę, gniew i ból, a także uświadomienie sobie, że jest to relacja nie do zniesienia. Stąd rodzi się pragnienie, by za wszelką cenę i na jakichkolwiek warunkach mogła ona zostać zmieniona. Przekonanie o grzechu może koncentrować się na świadomości mojej winy przed Bogiem lub mojej nieczystości w Jego oczach, lub mojego buntu przeciwko Niemu, lub mojej alienacji i oddzielenia od Niego, lecz zawsze jest to świadomość potrzeby powrócenia do właściwej relacji nie tylko z sobą samym lub innymi ludźmi, ale także z Bogiem. 

(II) Przekonanie o grzechu zawsze zawiera w sobie przekonanie o grzechach: świadomość winy za poszczególne złe czyny dokonane przed obliczem Boga, od których istnieje potrzeba odwrócenia się i bycia uwolnionym, jeśli kiedykolwiek ma się być we właściwej relacji z Bogiem. W ten sposób Izajasz był przekonany szczególnie o grzechach mowy, a Zacheusz – o grzechach wymuszenia. 

(III) Przekonanie o grzechu zawsze zawiera w sobie przekonanie o grzeszności: świadomość mojego całkowitego zepsucia i przewrotności w oczach Boga i w konsekwencji potrzeby tego, co Ezechiel nazywał „nowym sercem”, a nasz Pan – nowonarodzeniem, to znaczy moralnym nowym stworzeniem. Z tego powodu autor Psalmu 51 – tradycyjnie utożsamiany z Dawidem – przekonany o swym grzechu z Batszebą, wyznaje nie tylko poszczególne wykroczenia (wiersze 1‑4), lecz także deprawację jego natury (wiersze 5‑6), i pragnie oczyszczenia od winy i deprawacji ich obu (wiersze 7‑10). Istotnie być może najszybszym sposobem, aby stwierdzić, czy dana osoba jest przekonana o grzechu, czy nie, jest przeprowadzenie jej przez Psalm 51 i sprawdzenie, czy jej serce faktycznie mówi coś podobnego do wypowiedzi psalmisty. 

3. Ewangelia jest poselstwem o Chrystusie – Chrystusie wcielonym Synu Boga; Chrystusie Baranku Bożym umierającym za grzech; Chrystusie zmartwychwstałym Panu; Chrystusie doskonałym Zbawcy. 

Dwie tezy należy postawić w kwestii głoszenia tej części poselstwa: 

(I) Nie wolno nam przedstawić osoby Chrystusa w oddzieleniu od Jego zbawczego dzieła. 

Czasami mówi się, że to raczej zaprezentowanie osoby Chrystusa pociąga grzeszników do Jego stóp, a nie wiedza doktrynalna o Nim. Jest prawdą to, że tym, który zbawia, jest żywy Chrystus i że teoria przebłagania, jakkolwiek ortodoksyjna by była, nie może być Jego substytutem. Gdy natomiast czyni się tego typu uwagę, wtedy zazwyczaj sugeruje się, że doktrynalne nauczanie nie jest konieczne podczas zwiastowania ewangelii i że wszystko, co ewangelista powinien zrobić, to przy użyciu zwiastowanego słowa odmalować żywy obraz człowieka z Galilei, który wszędzie dookoła czynił dobro, a następnie zapewnić swych słuchaczy, że ten Jezus ciągle żyje, by pomagać im w ich kłopotach. Takie poselstwo jednak trudno byłoby nazwać ewangelią. W rzeczywistości byłoby ono zwykłym dziwactwem służącym tylko mistyfikacji. Kim był ten Jezus? Powinniśmy zapytać: jaką pozycję teraz zajmuje? Takie zwiastowanie spowodowałoby powstawanie takich pytań, jednocześnie bez udzielonych na nie odpowiedzi. I dlatego kompletnie zbiłoby z tropu myślącego słuchacza. 

Prawda jest bowiem taka, że nie możesz nadać znaczenia historycznej postaci Jezusa tak długo, jak długo nie dowiesz się o wcieleniu – to znaczy, że ten Jezus był faktycznie Bogiem Synem, który został, stał się człowiekiem, by zbawić grzeszników zgodnie z wiecznym celem Jego Ojca. Nie możesz także nadać znaczenia Jego życiu, dopóki nie dowiesz się o przebłaganiu – że żył On jako człowiek po to, by mógł umrzeć jako człowiek za ludzi, a Jego cierpienie i sądowe morderstwo dokonane na Nim były w rzeczywistości Jego zbawczym działaniem przyjęcia na siebie ciężaru grzechów świata. Nie możesz też powiedzieć, na jakich warunkach można się teraz do Niego zbliżyć, dopóki nie będziesz wiedział o zmartwychwstaniu, wniebowstąpieniu i pozycji, jaką On teraz w Niebie zajmuje – o tym, że Jezus został z martwych wzbudzony, zasiada na Tronie, jest Królem i żyje po to, by zbawić aż do końca wszystkich, którzy uznali Jego panowanie. Te doktryny, nie wspominając już o innych, są podstawą ewangelii. Bez nich nie ma ewangelii, tylko intrygujące opowiadanie o człowieku zwanym Jezusem. Z tego powodu przeciwstawianie nauczania doktrynalnego o Chrystusie i prezentowania Jego osoby jest oddzielaniem od siebie dwóch spraw, które Bóg połączył. W istocie jest to naprawdę bardzo złośliwe, gdyż jedynym celem nauczania tych doktryn podczas zwiastowania ewangelii jest rzucenie światła na osobę Pana Jezusa Chrystusa i właśnie wyjaśnienie naszym słuchaczom, kim jest Ten, z którym chcielibyśmy, aby oni się spotkali. Gdy w naszym zwykłym życiu wśród społeczeństwa chcemy, aby ludzie dowiedzieli się, kim jest ten, kogo im przedstawiamy, to mówimy im coś na jego temat, czym się zajmuje. I tak samo jest w tym przypadku. Apostołowie nauczali tych doktryn, by zwiastować Chrystusa, jak to Nowy Testament pokazuje. Ściśle rzecz biorąc, bez wymienionych doktryn w ogóle nie miałbyś ewangelii, którą można by zwiastować. 

(II) Istnieje jednak również drugi punkt uzupełniający. Nie wolno nam przedstawiać zbawczego dzieła Chrystusa w oddzieleniu od Jego osoby. 

Kaznodzieje, a także inne osoby zwiastujące ewangelię na własną rękę czasami są znani z tego, że popełniają podobny błąd. W trosce o to, by skupić uwagę na zastępczej śmierci Chrystusa jako na całkowicie wystarczalnej podstawie, na której grzesznicy mogą zostać zaakceptowani przez Boga, wyjaśniają oni wezwanie do zbawczej wiary za pomocą następujących określeń: „Uwierz, że Chrystus umarł za twoje grzechy”. Skutkiem takiego objaśnienia jest przedstawienie zbawczego dzieła Chrystusa dokonanego w przeszłości, a obecnie oddzielonego od Jego osoby, jako pełnego obiektu naszego zaufania. To jednak nie jest biblijne, by w taki sposób izolować dzieło od osoby, która je wykonuje. Nigdzie w Nowym Testamencie nie znajdziemy sformułowanego w ten sposób wezwania. To, do czego Nowy Testament wzywa, to wiara w (en), ku, do (eis), dla, w (epi) samego Chrystusa – chodzi o ulokowanie naszej wiary w żyjącym Zbawicielu, który umarł za nasze grzechy. Ściśle mówiąc, obiektem zbawczej wiary nie jest zatem przebłaganie, lecz Pan Jezus Chrystus, który dokonał przebłagania. Nie wolno nam podczas prezentowania ewangelii odizolować krzyża i jego błogosławieństw od Chrystusa, który na nim umarł. Osobami, do których należą błogosławieństwa wynikające ze śmierci Chrystusa, są bowiem właśnie ci, którzy zaufali Jego osobie i uwierzyli nie po prostu w Jego zbawczą śmierć, lecz w Niego jako żywego Zbawcę: „A oni odpowiedzieli: Uwierz w Pana Jezusa Chrystusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom” (Dz 16,31). Nasz Pan powiedział: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a ja wam dam odpoczynek” (Mt 11,28). 

Dzięki temu jedna sprawa staje się od razu jasna: mianowicie pytanie dotyczące zasięgu przebłagania, które jest tak roztrząsane w niektórych kręgach, nie ma związku z tym szczególnym punktem ewangelizacyjnego poselstwa. Nie proponuję teraz dyskusji na temat tego pytania; zrobiłem to już gdzie indziej. Nie pytam cię teraz, czy myślisz, że prawdą jest twierdzenie, że Chrystus zmarł po to, by zbawić każdą ludzką istotę w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie proponuję ci także, abyś – jeśli nie uczyniłeś tego do tej pory – uzupełnił swoją wiedzę w omawianej sprawie. Wszystko, co chcę teraz powiedzieć, to to, że nawet jeśli myślisz, iż powyższe twierdzenie jest prawdziwe, twoja prezentacja Chrystusa podczas zwiastowania ewangelii nie powinna się różnić od tej, którą uczyni człowiek uznający to twierdzenie za fałszywe. 

Jest oczywiste, że jeżeli kaznodzieja myślałby, iż oświadczenie: „Chrystus zmarł za każdego z was”, wypowiedziane do jakiejkolwiek kongregacji, byłoby nie do sprawdzenia i prawdopodobnie nieprawdziwe, to nie troszczyłby się o to, aby umieścić je w swym zwiastowaniu ewangelii. Nie znajdziesz podobnych wypowiedzi w kazaniach na przykład George’a Whitefielda lub Charlesa Spurgeona. Chcę zwrócić uwagę, że nawet jeżeli jakiś człowiek myśli, że to oświadczenie – gdyby je wypowiedział – jest prawdziwe, to nie jest konieczne, by kiedykolwiek miał powód, by to mówić podczas zwiastowania ewangelii. Zwiastowanie ewangelii bowiem, tak jak właśnie to widzieliśmy, oznacza zaproszenie grzeszników do przyjścia do Jezusa Chrystusa, żywego Zbawcy, który dzięki mocy swej przebłagalnej śmierci jest zdolny, aby przebaczyć i zbawić wszystkich, którzy w Nim pokładają swoje zaufanie. O krzyżu podczas zwiastowania ewangelii ma być powiedziane po prostu to, że śmierć Chrystusa jest podstawą, dzięki której jest udzielane Chrystusowe przebaczenie. I to jest wszystko, co ma zostać powiedziane. Pytanie dotyczące zamierzonych rozmiarów przebłagania w ogóle nie jest elementem tej relacji. 

Faktem jest, że Nowy Testament nigdy nie wzywa żadnego człowieka do pokuty na podstawie tego, że Chrystus umarł w sposób wyjątkowy i szczególnie za niego. Podstawą, na której Nowy Testament zaprasza grzeszników do złożenia wiary w Chrystusie, jest po prostu to, że oni Go potrzebują i że On oferuje im siebie, a tym, którzy Go przyjmą, są obiecane wszelkie dobrodziejstwa, które Jego śmierć zapewnia dla Jego ludu. To, co jest w Nowym Testamencie uniwersalne i dotyczące wszystkich, to zaproszenie do wiary i obietnica zbawienia dla wszystkich, którzy uwierzą. 

Naszym zadaniem podczas zwiastowania ewangelii jest odtworzenie tak wiernie, jak tylko jest możliwe, tego, co wydatnie podkreśla Nowy Testament. Jest zawsze rzeczą złą wykraczać poza Nowy Testament lub zniekształcać jego kontekst oraz zmieniać hierarchię ważności zawartych w nim zagadnień. I dlatego – jeśli możemy posłużyć się w tym miejscu słowami Jamesa Denneya – „nie mamy na myśli odseparowywania dzieła od tego, który Go dokonał. Nowy Testament zna tylko żywego Chrystusa i wszelkie apostolskie zwiastowanie ewangelii przekazywało ludziom żywego Chrystusa. Żywy Chrystus jest jednak tym Chrystusem, który zmarł i nigdy nie jest On zwiastowany oddzielnie od Jego śmierci i od Jego pojednawczej mocy. To żywy Chrystus i związana z Nim wartość Jego pojednawczej śmierci stanowią treść apostolskiego poselstwa… Zadaniem ewangelisty jest zwiastować Chrystusa… objawienie Jego charakteru poprzez ukrzyżowanie”. Ewangelia nie jest w większym stopniu „wiarą w to, że Chrystus umarł za grzechy wszystkich i dlatego również za twoje” niż „wiarą w to, że Chrystus umarł tylko za grzechy niektórych ludzi i być może nie za twoje”. Ewangelia jest „wiarą w Pana Jezusa Chrystusa, który umarł za grzechy i teraz sam ci się oferuje jako twój Zbawca”. To jest poselstwo, które mamy zanieść światu. Nie jest naszym obowiązkiem nakłaniać ich do tego, by uwierzyli w jakikolwiek pogląd na temat zasięgu przebłagania; naszym zadaniem jest nakierować ich na żywego Chrystusa i zawezwać do tego, aby Mu zaufali. 

Właśnie dlatego, że zarówno John Wesley, jak i George Whitefield to rozumieli, mogli uważać się w zwiastowaniu ewangelii za braci, chociaż różnili się w poglądach w sprawie zakresu przebłagania. Ich poglądy na ten temat nie były bowiem zawarte w ich zwiastowaniu ewangelii. Obaj byli zadowoleni ze zwiastowania ewangelii właśnie tak, jak podaje Pismo Święte: to znaczy poprzez głoszenie „żywego Chrystusa i związanej z Nim wartości pojednawczej śmierci”, oferowanie Go grzesznikom i zapraszanie zgubionych, by przyszli do Niego i dzięki temu znaleźli życie. 

4. To przywodzi nas do ostatniego elementu poselstwa ewangelii. Ewangelia jest wezwaniem do wiary i pokuty. 

Wszyscy, którzy słuchają ewangelii, zostają przez Boga wezwani do pokuty i wiary. Paweł powiedział Ateńczykom: „Bóg wprawdzie pomijał czasy tej nieświadomości, teraz jednak nakazuje wszędzie wszystkim ludziom pokutować” (Dz 17,30). Gdy nasz Pan został zapytany przez swych słuchaczy, co powinni robić, aby „wykonywać dzieła Boga”, tak odpowiedział: „To jest dzieło Boga, abyście wierzyli w tego, którego on posłał” (J 6,28‑29). I w Pierwszym Liście Jana czytamy: „A to jest jego przykazanie, abyśmy wierzyli w imię jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie, jak nam przykazał” (1J 3,23). Pokuta i wiara są przedstawione jako przedmiot obowiązku nałożonego przez bezpośrednie Boże przykazanie i dlatego brak pokuty i niewiara są wyszczególnione w Nowym Testamencie jako najpoważniejsze grzechy: „A Jezus im odpowiedział: Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż wszyscy inni Galilejczycy, że to ucierpieli? Bynajmniej, mówię wam, lecz jeśli nie będziecie pokutować, wszyscy tak samo zginiecie. Albo czy myślicie, że tych osiemnastu, na których runęła wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż wszyscy ludzie mieszkający w Jerozolimie? Bynajmniej, mówię wam, lecz jeśli nie będziecie pokutować, wszyscy tak samo zginiecie” (Łk 13,2‑5). Wraz z tymi uniwersalnymi przykazaniami, na które wskazaliśmy powyżej, udzielone są uniwersalne obietnice zbawienia dla wszystkich, którzy okażą im posłuszeństwo: „Temu wszyscy prorocy wydają świadectwo, że przez jego imię każdy, kto w niego wierzy, otrzyma przebaczenie grzechów” (Dz 10,43), „A Duch i oblubienica mówią: Przyjdź! A kto słyszy, niech powie: Przyjdź! A kto pragnie, niech przyjdzie, a kto chce, niech darmo weźmie wodę życia” (Obj 22,17), „W ten właśnie sposób Bóg umiłował świat, że dał swojego jednorodzonego Syna, aby każdy, wierzący w Niego, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16 PTNP). Słowa te są obietnicami, od których Bóg nie odstąpi dopóty, dopóki świat będzie istniał. 

Trzeba powiedzieć, że wiara nie jest jedynie optymistycznym uczuciem, tak jak pokuta nie jest zwykłym odczuwaniem żalu lub smutku. Zarówno wiara, jak i pokuta są czynami, i to czynami całego człowieka. Wiara jest czymś więcej niż zwykłe przyznanie komuś racji; wiara w swej istocie jest zaprzestaniem własnych działań, oddaniem samego siebie i swojego zaufania samemu Chrystusowi, który udzielił tych obietnic, i obietnicą miłosierdzia, które Chrystus dał grzesznikom. Także pokuta jest czymś więcej niż smutkiem z powodu przeszłości; pokuta jest zmianą umysłu i serca, nowym życiem polegającym na wyrzekaniu się swojego „ja” i służeniu Zbawcy, jako Królowi, w miejsce swego „ja”. Nikogo nie zbawi zwykłe przyznanie komuś racji i zwykły żal bez nawrócenia: „Ty wierzysz, że jest jeden Bóg, i dobrze czynisz. Demony także wierzą i drżą” (Jk 2,19), „Bo smutek, który jest według Boga, przynosi pokutę ku zbawieniu, czego nikt nie żałuje; lecz smutek według świata przynosi śmierć” (2Kor 7,10). 

Należy jeszcze postawić dwie dalsze tezy: 

(I) Żądanie dotyczy wiary w takim samym stopniu jak pokuty. Nie wystarczy postanowić odwrócić się od grzechu, porzucić złe przyzwyczajenia i starać się wprowadzić nauczanie Chrystusa w praktykę poprzez bycie religijnym i czynienie wszelkiego możliwego dobra innym ludziom. Starania, postanowienia i moralność oraz religijność nie są substytutami wiary. Marcin Luter i John Wesley mieli to wszystko na długo wcześniej, nim uwierzyli. Niemniej, jeżeli istnieje wiara, to musi również istnieć wiedza, która jest jej fundamentem: człowiek musi poznać Chrystusa, Jego krzyż i Jego obietnice, nim zbawcza wiara stanie się dla niego możliwa. Dlatego w naszym prezentowaniu ewangelii musimy podkreślać te sprawy po to, by doprowadzić grzeszników do porzucenia wszelkiej ufności pokładanej w sobie i do złożenia ich zaufania całkowicie w Chrystusie i mocy Jego odkupieńczej krwi, umożliwiającej im akceptację u Boga. Wiarą bowiem nie jest nic mniejszego niż to. 

(II) Żądanie dotyczy pokuty w takim samym stopniu jak wiary. Nie wystarczy uwierzyć, że tylko przez Chrystusa i Jego śmierć grzesznicy są usprawiedliwieni i zaakceptowani i że własne świadectwo życia jest wystarczające, aby sprowadzić wyrok Bożego potępienia nieskończoną ilość razy, i że bez Chrystusa nie ma nadziei. Poznanie ewangelii i ortodoksyjna wiara nie są substytutami pokuty. Niemniej, jeżeli ma zaistnieć pokuta, to znowu wiedza musi być jej fundamentem. Mówiąc słowami pierwszej z 95 tez Marcina Lutra: człowiek musi wiedzieć, że „gdy nasz Pan i mistrz Jezus Chrystus powiedział »pokutuj«, to nawoływał On do tego, by całe życie ludzi wierzących stanowiło jedną pokutę”, i musi również wiedzieć, co pokuta w sobie zawiera. Więcej niż jeden raz Chrystus świadomie zwrócił uwagę na radykalne zerwanie z przeszłością, które związane jest z pokutą: „Mówił też do wszystkich: Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się wyprze samego siebie, niech bierze swój krzyż każdego dnia i idzie za mną. Kto bowiem chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mojego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,23‑24), „Jeśli ktoś przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, a nawet swego życia, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26) – to znaczy jednoznacznie umieszcza ich na drugim miejscu, „Tak i każdy z was, kto nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Pokuta, której Chrystus żąda od swego ludu, polega na stanowczej odmowie nałożenia jakichkolwiek ograniczeń na żądania, które On mógłby mieć wobec ich życia. Nasz Pan wiedział – kto mógłby wiedzieć lepiej? – jak kosztowną rzeczą dla Jego naśladowców będzie trwanie w tej stanowczej odmowie i pozwolenie Mu, by On cały czas wypełniał swój zamiar wobec nich, i dlatego chciał zmusić ich do przemyślenia implikacji wynikających z uczniostwa, zanim Mu siebie samych powierzą. On nie chciał czynić uczniów, posługując się podstępami. Nie był zainteresowany gromadzeniem wielkich tłumów rzekomych zwolenników, które stopniałyby od razu w chwili, w której by się dowiedziały, czego wymaga pójście za Nim. W naszym własnym zwiastowaniu ewangelii Chrystusa powinniśmy więc kłaść ten sam nacisk na koszty bycia z Chrystusem i sprawić, aby grzesznicy trzeźwo o tym pomyśleli, nim będziemy ich przynaglać do odpowiedzi na poselstwo darmo udzielanego przebaczenia. Zwykła uczciwość wymaga tego, abyśmy nie ukrywali faktu, że darmo udzielane przebaczenie w pewnym sensie będzie ich kosztować wszystko; w innym wypadku nasze zwiastowanie ewangelii stanie się pewnego rodzaju nadużyciem zaufania. I dlatego tam, gdzie nie ma jasnego poznania, nie ma także realistycznego poznania prawdziwych żądań, które stawia Chrystus, tam również nie ma pokuty i dlatego nie ma zbawienia. 

Takie jest poselstwo ewangelii, które posłani jesteśmy ogłaszać.

Udostępnij!
    Dołącz!
    Wpisz swój e-mail, aby co dwa tygodnie otrzymywać najnowsze materiały EWC.