Kontekstualizacja jest kluczowa dla dobrej ekspozycji. Bez niej głoszenie może brzmieć jak wiadomość wysłana do niewłaściwego adresata: prawdziwa, ale niezrozumiała. A jednak istnieje rodzaj kontekstualizacji, który – zamiast służyć Słowu – zaczyna nim rządzić. I wtedy dzieje się coś niebezpiecznego: kaznodzieja nieświadomie przestaje wydobywać sens tekstu, a zaczyna go produkować.
W pewnym sensie przypomina to sposób, w jaki niektórzy czytają kazania św. Augustyna. Analiza jego manuskryptów prowadzi część badaczy do wniosku, że Augustyn kontekstualizował naturalnie, niemal odruchowo. Gdy przywoływał idee zaczerpnięte z pogańskich klasyków, nie robił tego po to, by imponować poganom ani by „kupić” ich uwagę przez cytowanie ulubionych autorów. Raczej posługiwał się językiem swojego świata tak, jak my dziś mówimy o okrągłej ziemi – bez teatralnej samoświadomości, bez kalkulacji, po prostu zdroworozsądkowo.
To bardzo ważna lekcja. Najbardziej skuteczna kontekstualizacja często nie rodzi się z prób „bycia na czasie”, ale z ogólnego zainteresowania życiem i człowiekiem. Augustyn potrafił nawiązać kontakt ze słuchaczami, ponieważ naprawdę rozumiał ich rzeczywistość – a nie dlatego, że prowadził strategię marketingową. Ten rozdział dotyka problemów, które pojawiają się wtedy, gdy to drugie podejście bierze górę: gdy kontekstualizacja staje się wykalkulowaną metodą zdobywania ludzi, a nie narzędziem wiernego przekazu.
Czym jest kontekstualizacja w nauczaniu?
Mówiąc prosto: kontekstualizacja w nauczaniu to przekazanie ewangelii w sposób zrozumiały i odpowiedni dla kulturowego kontekstu słuchacza. To troska o to, by Słowo było nie tylko poprawnie wyłożone, ale też realnie usłyszane. Dotyczy „tu i teraz”, istotności i zastosowania tekstu w obecnym czasie.
Nie jest jednak celem samym w sobie. W zdrowym głoszeniu ekspozycyjnym kontekstualizacja wspiera ekspozycję. Ekspozycja zaś – jak zostało wcześniej zdefiniowane – jest próbą wydobycia z Biblii tego, co się w niej znajduje, bez narzucania tekstowi tego, czego Duch Święty w nim nie umieścił. Jest dążeniem, by konkretny fragment uniżył słuchacza, wywyższył Zbawiciela i promował świętość w życiu odbiorców.
Problem zaczyna się wtedy, gdy kontekstualizacja przestaje „pomagać”, a zaczyna „prowadzić”. Gdy kultura, którą próbujemy zdobyć dla Chrystusa, zaczyna kontrolować Słowo Chrystusa, które mamy głosić.
Problem ślepego oddania
Jednym z dzisiejszych problemów głoszenia z kontekstualizacją jest niewłaściwe rozłożenie akcentów. Niektórzy kaznodzieje – wynosząc kontekstualizację do rangi niemal samodzielnej dyscypliny, skupionej na praktycznych korzyściach – traktują tekst biblijny powierzchownie i połowicznie. Autor nazywa to problemem ślepego oddania.
W zdrowym pragnieniu poruszenia misji kościoła do przodu kaznodzieja zaczyna skupiać się niemal wyłącznie na kreatywnych i artystycznych metodach, które sprawią, że kazanie będzie „na czasie” i da ludziom to, czego chcą. Łatwo wtedy wejść w tryb, w którym więcej czasu poświęca się analizie kultury niż rozważaniu Słowa Bożego. Kazania stają się wykładami o mieście, świecie, trendach, lękach i pragnieniach ludzi – z niewielką ilością realnej pracy nad tekstem.
W takiej sytuacji rodzi się złudzenie: że kluczem do głoszenia z mocą jest dobrze przestudiowany kontekst kulturowy, a nie Biblia. I choć brzmi to „mądrze” i „praktycznie”, jest to jedna z najczęstszych klęsk kościelnych: Słowo zostaje podporządkowane kulturze.
Ślepe oddanie kontekstualizacji zmienia nauczanie na co najmniej trzy sposoby – i żaden z nich nie prowadzi ku dobremu:
- Wykrzywia studiowanie tekstu – kaznodzieja staje się bardziej pochłonięty światem niż Słowem. Skutkiem jest głoszenie impresjonistyczne.
- Zmienia przeznaczenie kazalnicy – teraz Słowo ma wspierać nasze plany, a nie Boże. Skutkiem jest głoszenie nietrzeźwe.
- Przeistacza zrozumienie autorytetu – „świeże” i „inspirujące” subiektywne czytanie staje się kryterium prawdy. Skutkiem jest głoszenie „natchnione”.
Przyjrzyjmy się każdemu z tych wypaczeń.
Głoszenie impresjonistyczne: gdy tekst staje się tłem dla wrażeń
Autor sięga po historię sztuki, by pokazać, jak działa ten mechanizm. W połowie XIX wieku dominował realizm – dążący do możliwie wiernego oddania rzeczywistości. Claude Monet i Pierre-Auguste Renoir, wykształceni w realizmie, zaczęli jednak malować inaczej. Jaśniejsze kolory, współczesne życie zamiast scen historycznych, luźniejsze pociągnięcia pędzla. Gdy wiele ich prac odrzucono w Salonie Paryskim, powstał Salon Odrzuconych. W 1874 roku odbyła się pierwsza publiczna wystawa nowej grupy. Monet nazwał jeden z obrazów „Impresja, wschód słońca” – bo nie był realistycznym przedstawieniem portu, lecz utrwaleniem wrażenia. Krytycy użyli tego słowa, by ich ośmieszyć: „impresjoniści”.
Impresjonista patrzy na rzeczywistość, interpretuje ją, wyolbrzymia i pomija elementy, aż w końcu ją zniekształca. Teraz przenieśmy to do pracy kaznodziei.
Wyobraź sobie typowy tydzień. Masz mało czasu, spotkania, obowiązki, sprawy rodziny i kościoła. A w niedzielę trzeba „coś powiedzieć”. Otwierasz Biblię, czytasz fragment i zaczynasz robić notatki szybko – jak artysta, który stawia szybkie pociągnięcia pędzla. Tworzysz barwne połączenia między Słowem a światem, który znasz. Szukasz tego, co zrobi natychmiastowe wrażenie na słuchaczach. Pojawiają się dygresje, szybko wyłania się „główna myśl”, a szczegółowe studium fragmentu „może poczekać”. Po piętnastu minutach masz zarys, który brzmi aktualnie, działa na emocje i wydaje się praktyczny.
To jest głoszenie impresjonistyczne.
Dzieje się ono często – być może częściej, niż chcielibyśmy przyznać. Jest szybkie, skuteczne i pasuje do napiętych grafików. Tylko że ma jedną cenę: jest niezwiązane z rzeczywistością tekstu. Pomija jego kontury historyczne, literackie i teologiczne. Omija narzędzia egzegezy, których uczyłeś się latami. Realista patrzy dziesięć razy, zanim wykona jeden ruch pędzla. Impresjonista zerka i wykonuje dziesięć ruchów, opierając się głównie na ludzkim doświadczeniu.
W praktyce oznacza to, że robisz z tekstem, co ci się podoba.
Przykład: 1 Samuela 2:12–21 i pułapka „rodzicielstwa”
Autor daje mocny przykład. Przygotowujesz wykład dla młodych rodziców, sięgasz po 1 Sm 2:12–21. Tekst zestawia dwie pary: Heliego i jego nikczemnych synów oraz Annę i małego Samuela, służącego Panu. Kontrast jest wyraźny. I w pierwszym czytaniu łatwo wysnuć wnioski „pod temat”:
- źli rodzice pozwalają dzieciom za dużo jeść (synowie Heliego „objadają się” mięsem z ofiar),
- dobrzy rodzice dbają o środowisko kościoła (Samuel „zawsze w kościele”, Anna obecna, dostępna).
Masz zarys. Przemówi do rodziców, bo temat otyłości dzieci jest aktualny, a „duchowe środki zapobiegawcze” można łatwo dopowiedzieć. Ludzie są poruszeni, powstają programy, wyjazdy, rozmowy o „chrześcijańskim rodzicielstwie”. Kościół rośnie.
Tyle że – po kilku uważniejszych lekturach – okazuje się, że głównym tematem fragmentu nie jest rodzicielstwo. Jest nim świętość Boga oraz to, jak złe przywództwo prowadzi do drwiny z Boga poprzez niewłaściwe uwielbienie i lekceważenie ofiar. W szerszym kontekście księgi pojawia się motyw zastąpienia w Bożej rodzinie: Samuel wyrasta jako alternatywa dla synów Heliego, ponieważ Bóg wzbudza kogoś, kto będzie prowadził zgodnie z Jego Słowem.
Czy to znaczy, że nie wolno w ogóle mówić o rodzicielstwie z tego tekstu? Niekoniecznie. Ale nie wolno pominąć głównego punktu. Zastosowania nigdy nie mogą przysłonić głównej myśli. W przeciwnym razie redukujemy Słowo do moralizujących zasad, tracimy Chrystusa, a w kazaniu zostaje „impresja” zamiast objawienia.
Impresjonizm nie jest w tym ujęciu pierwotnym problemem. Jest skutkiem ślepego oddania kontekstualizacji, która monopolizuje czas i uwagę.
Głoszenie nietrzeźwe: gdy Biblia służy do podpierania naszych planów
Drugi skutek ślepej kontekstualizacji pojawia się już nie tyle przy biurku, co za kazalnicą. Autor przywołuje trafną modyfikację złośliwej uwagi szkockiego poety Andrew Langa: niektórzy nauczyciele używają Biblii jak pijany człowiek latarni – bardziej dla podparcia niż dla oświetlenia.
To trafia w sedno. Jeśli stajemy za kazalnicą i sięgamy po Biblię, aby uzasadnić to, co sami chcemy powiedzieć, zamiast przekazywać to, co Bóg zamierzył powiedzieć w tekście – zachowujemy się jak ten pijany człowiek. Właściwszą postawą jest poddanie się tekstowi, bo to Biblia – a nie głoszący – jest Słowem Ducha.
Co ważne, autor przyznaje, że sam wielokrotnie był takim „nietrzeźwym nauczycielem”. I podaje przykład, który pokazuje, jak łatwo o to nawet w dobrej intencji.
Przykład: 2 Koryntian 8–9 „na później”, czyli Biblia w służbie budżetu
Autor nauczał z 2 Listu do Koryntian, ale rozdziały 8–9 ominął, bo mówią o pieniądzach. Zachował je „na później”, na czas, gdy kościół będzie potrzebował finansowego zastrzyku. Gdy ten czas nadszedł, wrócił do tekstu, by przygotować kazanie o szczodrym dawaniu – z gotowym celem i gotową tezą, zanim rozpoczął głębsze studium.
Skupił się na 2 Kor 9:6–9 i zbudował zarys:
- dawaj Bogu (postawa),
- otrzymuj dobre rzeczy od Boga (motywacja),
- dawaj, bo to naśladowanie Boga (wzór).
Wszystko było „praktyczne”, „przejmujące”, „na temat”. Biblia potwierdzała, co chciał osiągnąć.
Ale zanim przyszła niedziela, autor zbadał tło. I odkrył coś, co rozwaliło plan: ten fragment dotyczył kolekty na pomoc głodującym chrześcijanom pochodzenia żydowskiego w innych częściach świata, a nie regularnego dawania na budżet lokalnego kościoła. Co więcej, w szerszym kontekście 2 Kor list dotyczy sporu o służbę Pawła i „superapostołów”. Paweł był postrzegany jako słaby, nieefektowny, bez stałego finansowania. A hojność Koryntian miała być próbą: czy utożsamiają się ze słabością i gotowością do zaspokajania potrzeb słabych, czy tylko z tymi, którzy mają wszystko.
Nagle stało się jasne, że autor prawie nie zrozumiał całego listu.
Nawet cytat z Psalmu w 2 Kor 9:9 okazał się czymś innym, niż myślał: nie tyle „naśladuj Boga przez dawanie”, ile raczej „hojność jest cechą sprawiedliwego człowieka idącego za Bogiem”.
Wtedy autor zobaczył, co zrobił: oparł się na Biblii, by podpierać własny cel związany z budżetem, zamiast pozwolić, by tekst go oświetlił i poprowadził. I musiał zadać sobie pytania, które powinien zadawać każdy kaznodzieja:
- kto będzie królował: ja czy tekst?
- czy to ja władam tekstem, czy on mną?
- czy użyję Słowa do realizacji własnych planów, czy podporządkuję się mu, pozwalając Duchowi Świętemu oświecać i prowadzić?
Tu wraca przekonanie, które autor ceni u Charlesa Simeona: nie mówić ani więcej, ani mniej, niż jest zamysłem Ducha Świętego w wykładanym fragmencie.
Głoszenie „natchnione”: gdy subiektywne odczucia stają się autorytetem
Trzeci skutek ślepej kontekstualizacji dotyczy prywatnego czytania Biblii. Nawet osobisty „cichy czas” może – niepostrzeżenie – zaszkodzić publicznemu głoszeniu, jeśli zostanie połączony z pragnieniem „świeżości” i „uduchowienia”, które kultura religijna bardzo lubi.
Autor nazywa to głoszeniem „natchnionym” – nie dlatego, że neguje natchnienie Pisma, lecz dlatego, że kaznodzieje coraz częściej traktują swoje subiektywne odczytanie jako natchnione: „Duch poruszył mnie tym wersetem, więc to musi być przesłanie dla innych”.
Jednym z przykładów metody, która sprzyja takiej postawie, jest Lectio Divina – historycznie benedyktyńska praktyka mająca pobudzić wspólnotę z Bogiem (bardziej niż zaznajomić z tekstem). W klasycznej formie obejmuje: czytanie, rozmyślanie, modlitwę i kontemplację. Akcent pada na czekanie na „oświecenie”, unikanie podejścia analitycznego, medytację nad słowem lub frazą, aż „przyjdzie Jezus i przemówi”.
Brzmi pobożnie. Łatwo też znaleźć wrażenie biblijnego uzasadnienia, mówiącego o Duchu badającym głębokości Boże. Problem w tym, że taka metoda – w praktyce – potrafi zastąpić badanie intuicją, stawia nastrój ponad uzasadnione dociekanie i niebezpiecznie zbliża ludzkiego ducha do roli, która należy do Ducha Świętego.
A ślepe oddanie się kontekstualizacji to uwielbia. Współczesny człowiek religijny często pragnie najbardziej „świeżego słowa od Boga”. Wtedy kaznodzieja dostaje subtelną presję: „Powiedz nam coś nowego. Coś, co Bóg położył ci na sercu”.
Przykład: Filipian 4:13 jako slogan sukcesu
Weźmy Filip 4:13: „Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie.” Jak łatwo czytać to kontemplacyjnie i prywatnie, jakby Paweł pisał to bezpośrednio do mnie: „wszystko” staje się „cokolwiek”, a „cokolwiek” staje się paliwem do sukcesu: awans, egzamin, zwycięski rzut w ostatnich sekundach.
Tyle że dwa–trzy wersety kontekstu pokazują, że Paweł mówi o przetrwaniu i wytrwaniu w cierpieniu, o życiu w więzieniu, o tym, by ewangelia się krzewiła. Wtedy „natchniona” interpretacja zostaje odwrócona.
Tego typu nauczanie jest niebezpieczne, bo jest subiektywne. Gdy przestajemy ciężko pracować nad zrozumieniem słów, które dał Duch, i nie trzymamy się Jego zamysłu, stawiamy siebie jako ostateczny autorytet. Zaczynamy ustanawiać „prawdy” i „porady”, które są biblijnie nieuzasadnione. Mylimy „tak mówi Pan” z „tak mówię ja” i uczymy ludzi ufać nam, zamiast Słowu.
Autor nie neguje roli Ducha w głoszeniu ekspozycyjnym. Wręcz przeciwnie: Słowo ewangelii musi być połączone z działaniem Ducha w przekonaniu o grzechu, odrodzeniu, upamiętaniu, wierze i wytrwaniu. Ale pytanie brzmi: czy możliwość nadprzyrodzonego działania Ducha zwalnia nas z ciężkiej pracy egzegezy? Jeśli tak, to po co Duch w ogóle natchnął Pismo?
Autor pokazuje też, że ta tendencja ma swoje precedensy historyczne – choćby w neoortodoksji i u Karla Bartha, gdzie wobec krytyki tekstu nacisk przesuwał się z pewności „oto Słowo Pańskie” na bardziej nieokreślone „nasłuchuj Słowa Pana”. Jedno pokolenie później niektórzy ewangeliczni poszli jeszcze dalej, szukając „natchnionego” i „uduchowionego” głoszenia. I znów pojawia się pytanie: czy my jesteśmy godni zaufania jako interpretatorzy, gdy nasza metoda jest tak subiektywna?
Podsumowanie: kiedy kontekst zaczyna rządzić tekstem
Ślepe oddanie się kontekstualizacji jest realnym problemem kaznodziejów. Bez krytycyzmu i bez hamulców dążymy do bycia aktualnym, a to prowadzi do najpłytszego możliwego podejścia do tekstu.
Rozdział oglądał ten problem z trzech stron:
- przy biurku: kultura dyktuje treść, więc tekst staje się impresją (głoszenie impresjonistyczne),
- za kazalnicą: Biblia podpiera nasze cele (głoszenie nietrzeźwe),
- w prywatnym czytaniu: subiektywne poruszenia zyskują rangę przesłania od Boga (głoszenie „natchnione”).
Na końcu autor stawia praktyczne pytanie: czy da się rozpoznać, kiedy skłonność do kontekstualizacji prowadzi do błędu? Uważa, że tak.
Kaznodzieja stoi co tydzień między dwiema odpowiedzialnościami:
- właściwe zrozumienie – wierność treści Słowa,
- właściwe przekazanie – owocność i klarowność przekazu.
Obie są istotne. Obie wywierają presję. I często kaznodzieja zaczyna wewnętrzny dialog: „Jeśli skupię się na zrozumieniu, kazanie będzie zbyt intelektualne. Straci życiodajną siłę. Nie chcę być tylko kaznodzieją Słowa, muszę być kaznodzieją Ducha. Muszę mówić do serc, nie tylko do umysłów. Ortodoksja jest ważna, ale bez kontekstualizacji nie dojdę do ortopraksji. Jestem tu po to, by wywrzeć realny wpływ”.
Ilekroć ta kontrowersja staje się nie do pogodzenia – gdy czujesz, że albo wierność, albo owocność – możesz być pewien, że ślepe oddanie kontekstualizacji czai się blisko. A wraz z nim gotowe są trzy zastępcze style: impresjonistyczny, nietrzeźwy i „natchniony”.
Oczywiście te zadania nie są sprzeczne. Charles Simeon i każdy dobry kaznodzieja ekspozycyjny znajdują sposób, by wypełniać oba. I właśnie do tego prowadzi dalsza część książki: do takiego podejścia do przygotowywania kazań, które pozwala być jednocześnie wiernym i owocnym – w dziele biblijnej ekspozycji.

