Centralna rola lokalnego kościoła

Rola lokalnego kościoła była dla mnie istotna od kiedy tylko w liceum stałem się chrześcijaninem. Podczas pierwszego lata od mojego nawrócenia, nieco czasu (a właściwie bardzo wiele) spędzałem w bibliotece. Statystyki mówiące o rosnącej liczbie członków naszego kościoła zestawiałem z kurczącą się obecnością na nabożeństwach. Grafika, którą zrobiłam w przedkomputerowej erze, była właściwie arkuszem papieru z dokładnie rozrysowanymi liniami wskazującymi na członkostwo i obecności, które to zaczęły stawać się rozbieżne w latach 50-tych i 60-tych. Mimo iż poświęciłem wiele czasu na przygotowanie tego plakatu (i danych, które tam zamieszczałem), zajmował on najmniejszą powierzchnię na głównej ścianie naszego kościoła. Plakat powiesiłem bez upoważnienia (nawet o tym nie pomyślałem) i niewiele czasu zajęło podjęcie decyzji o jego ściągnięciu.

Podczas kilku lat moich studiów licencjackich i nauki w seminarium, kiedy to dojrzewałem jako chrześcijanin, a moje zrozumienie Bożej łaski wzrastało, rosnąć zaczęła także moja obawa o nominalizm w kościele. Wiele ze zgłaszanych „nawróceń” w sposób oczywisty wyglądało fałszywie. Stałem się podejrzliwy w stosunku do ewangelizacji, które nie tylko tworzyły zawyżone statystyki, ale przede wszystkim były odpowiedzialne za osoby, które zapewniano o ich zbawieniu, a które to osoby pozostawały bierne w swoim życiu.

Jednak, około dziesięć lat temu, podczas studiów doktoranckich, moje myśli skupiały się jeszcze bardziej na temacie kościoła, a przede wszystkim na centralnej roli lokalnego zgromadzenia. Pamiętam, że miałem wtedy napiętą rozmowę ze znajomym, który pracował w przykościelnej organizacji. Oboje uczęszczaliśmy do tego samego kościoła. Ja stałem się jego członkiem, od razu gdy tylko przeprowadziliśmy się do miasta, natomiast kolega, kilka lat później zdecydował, że będzie jedynie uczęszczał. Jednak nawet z jego obecnością coś było nie tak – przychodził tylko na poranne nabożeństwa, w których uczestniczył do połowy, do momentu wygłoszenia kazania. Pewnego dnia zdecydowałem się więc go o to zapytać.

Kolega odpowiedział z typową dla siebie szczerością i jasnością: „Właściwie reszta nabożeństwa nic mi nie daje”. Zapytałem: „Czy kiedykolwiek myślałeś o staniu się członkiem kościoła?”. Autentycznie zaskoczony, odpowiedział, odchrząkając niewinne: „Członkiem kościoła? Naprawdę nie widzę powodu, dlaczego miałbym się na to zdecydować. Wiem, co jest moim celem, a ludzie w kościele tylko by mnie hamowali”. Słowa te brzmią chłodno, kiedy się je czyta, ale były one przesiąknięte charakterystycznym, szczerym ciepłem płynącym od obdarowanego ewangelisty, który nie chciał marnować nawet jednej godziny danej mu od Pana. Chciał wykorzystać czas w najlepszy możliwy sposób, w związku z czym wszystkie sprawy i zmartwienia związane z oficjalnym przyłączeniem się do kościoła, wydawały się mojemu znajomemu niewłaściwe.

„Hamowaliby mnie” – słowa te rozbrzmiewały w mojej głowie. „Hamowaliby mnie”. Miałem gonitwę myśli, ale zadałem tylko proste pytanie: „Ale czy kiedykolwiek pomyślałeś o tym, że jeśli staniesz z tymi ludźmi ramię w ramię, to – mimo że rzeczywiście mogą oni ciebie hamować – ty możesz za to pomóc im przyspieszyć? Czy nie pomyślałeś, że właśnie to może być częścią Bożego planu dla nich i dla ciebie?”. Rozmowa toczyła się dalej, ale najważniejsza dla mnie i najbardziej rozjaśniająca jej część, była za nami. Zamiarem Boga jest używanie nas w życiu innych wierzących – nawet jeśli czasem może się wydawać, że sami ponosimy tego duchowy koszt.

W tym samym okresie moje studiowanie purytanizmu dało mi okazję do lektury obszernej debaty teologicznej dotyczącej ustroju kościoła w Erze Elżbietańskiej i we wczesnych czasach Stuarta. Wielka debata w Zgromadzeniu Westminsterskim była dla mnie szczególnie ciekawa. Byłem zainteresowany stanowiskiem „Wolnych” czy inaczej „Kongregacjonalistów”, że w istocie duszpasterski autorytet jest nierozłącznie związany z duszpasterskimi relacjami. Ich argumenty przemawiające za tym, iż lokalne zgromadzenie ma ostateczną władzę w sprawach dyscypliny i doktryny, wyglądały biblijnie przekonywująco (zob. Mt 18:17; I Kor. 5; II Kor. 2; Gal .; II Tym.4). Wydawało się, że rola zarówno pastora, jak i zgromadzenia nabiera nowego znaczenia w moim umyśle odnośnie tego, jak przeciętny wierzący powinien prowadzić swoje chrześcijańskie życie.

W 1994 zostałem głównym pastorem w kościele. Służyłem już w dwóch kościołach jako starszy i zawsze szanowałem ten urząd. Mimo to, przyjęcie roli jedynego uznanego starszego w lokalnym kościele sprawiło, że moje pojęcie o tym stanowisku wzrosło (i stało się bliższe właściwemu jego zrozumieniu). Fragmenty takie jak List Jakuba 3:1 („otrzymamy surowszy wyrok”) czy List do Hebrajczyków 13:17 („zdadzą z tego sprawę”) nabrały dla mnie większego znaczenia. Splot opisywanych wydarzeń sprawił, że lepiej zrozumiałem jak ważny dla Boga jest lokalny kościół. John Brown w ojcowskim liście kierowanym do swojego ucznia, który został świeżo ordynowany na przywódcę niewielkiego zgromadzenia, napisał: „Znam marność twojego serca i wiem, że będziesz martwił się tym, jak – w porównaniu do innych wokół ciebie – mały jest twój kościół. Jednak ty powinieneś utwierdzić się w radzie starszego człowieka: kiedy przyjdzie moment, gdy będziesz musiał zdać sprawę przed Chrystusem Panem, przy Jego sędziowskim tronie, pomyślisz wtedy, że był wystarczająco duży”. Doglądając zgromadzeniom, którym przewodziłem, poczułem ten ciężar odpowiedzialności przed Bogiem.

Lekcja ta wciąż do mnie wracała w mojej regularnej pracy podczas tygodnia. Głosząc kazania z ewangelii, a następnie z listów nowotestamentowych, miałem okazję ciągle na nowo doprecyzowywać rozumienie chrześcijańskiej miłości, wskazując na to, że chociaż niektóre fragmenty uczą nas, że my, chrześcijanie, powinniśmy kochać wszystkich ludzi (np. 1Ts 3:12), to wiele wersetów, których klasycznie używamy, by nauczać o tej miłości, w rzeczywistości mówi o wzajemnej miłości jeden do drugiego pomiędzy braćmi. Pewnego dnia nauczałem z Ewangelii Mateusza 25, podkreślając, że nakaz napojenia spragnionego dotyczy „jednego z tych najmniejszych braci moich”. Po kazaniu jedna osoba podeszła do mnie, informując, że zrujnowałem jej „werset życia”!

Dla mnie jednak wszystkie „wzajemnie”, „siebie nawzajem” i „jedni drugich” stają się żywe i ucieleśniają znane mi prawdy teologiczne o Bożej trosce o swój kościół. Kiedy głosiłem kazanie z drugiego i trzeciego rozdziału Listu do Efezjan, stało się dla mnie jasne, że właśnie kościół jest centralnym miejscem Bożego planu manifestacji Jego mądrości wobec istot niebiańskich. Paweł, zwracając się do starszych kościoła w Efezie, mówił, że właśnie „zbór Pański nabyty [jest] jego własną krwią” (Dz 20:28). Warto też wspomnieć o drodze Saula do Damaszku, którego celem było prześladowanie chrześcijan. Zmartwychwstały Chrystus nie zapytał, dlaczego prześladuje on chrześcijan albo nawet kościół. Chrystus tak bardzo utożsamia się ze swoim kościołem, że Jego oskarżające pytanie do Saula brzmiało: „Czemu mnie prześladujesz?” (Dz 9:4). Jasnym jest, że Kościół od zawsze był w centrum odwiecznego planu Boga – w Jego ofierze oraz w Jego ciągłej, nieustającej trosce.

Być może wszystko to wygląda bardziej jako uzasadnienie dla centralności eklezjologii niż centralności lokalnego kościoła, jednak głosząc z Biblii, tydzień po tygodniu, nie mam wątpliwości, że decyzja Tyndala, aby przetłumaczyć słowo ecclesia jako „wspólnota” (również: „zgromadzenie”, „zbór”) była słuszna. Rodzaj relacji i więzi pomiędzy członkami lokalnego kościoła stanowi najlepsze pole dla uczniostwa. Miłość jest okazywana głównie w środowisku lokalnym. A zatem właśnie lokalne zgromadzenie jest miejscem, gdzie okazywana jest ta miłość wobec całego świata. Dlatego Jezus nauczał swoich uczniów w Ewangelii Jana 13:34-35: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie”. Widywałem przyjaciół i całe rodziny zrażone do Chrystusa, ponieważ dostrzegali, że ten czy tamten lokalny kościół jest tak okropnym miejscem. Widywałem również przyjaciół i rodziny, które przyszły do Chrystusa, dlatego że wyraźnie dostrzegali w kościele tę miłość, o której nauczał Jezus i którą żył – wzajemną i bezinteresowną – i zwyczajnie po ludzku ich to przyciągnęło. Zgromadzenie – jako zwierciadło Słowa Bożego – stało się bardziej centralne w moim rozumieniu ewangelizacji, jej planowaniu i modlitwy o nią.

Lokalny kościół stał się dla mnie bardziej centralny również w kwestii zrozumienia, jak i dlaczego mamy rozpoznawać prawdziwe nawrócenie w życiu innych osób oraz skąd możemy posiąść pewność własnego zbawienia.

Pewnego razu zostałem przytłoczony fragmentem z I Listu Jana 4:20-21, z którego przygotowywałem kazanie: „Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (…) ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego”. Pierwszy i drugi rozdział Listu Jakuba niosą to samo przesłanie. Ta miłość nie jest opcjonalna.

Nie tak dawno rozważania o centralnej roli lokalnego zgromadzenia wzbudziły we mnie nowy szacunek dla dyscypliny kształtującej i korygującej w lokalnym kościele. Jasnym jest, że jeśli mamy polegać na sobie nawzajem we wspólnocie, dyscyplina musi stanowić część uczniostwa. A jeżeli chcemy praktykować taką dyscyplinę, jaka opisana jest w Nowym Testamencie, to musimy poznać innych, zobowiązać się wobec nich i pozwolić innym poznać siebie. Musimy również mieć zaufanie do autorytetu. Wszystkie praktyczne aspekty zaufania do autorytetu w małżeństwie, w domu i w kościele są wypracowywane na poziomie lokalnym. Niezrozumienie tego oraz niechęć i uraza do autorytetu w kościele wydaje się być bardzo bliskie temu, co zadziało się podczas Upadku w trzecim rozdziale księgi Rodzaju. I analogicznie: zrozumienie kwestii autorytetu jest bardzo bliskie duchowi Bożego łaskawego dzieła odnowienia Jego więzi z nami – więzi opartej jednocześnie na autorytecie i miłości.

Podsumowujące, rozumiem, dlaczego w przeszłości brak frekwencji był tak ważną sprawą dla chrześcijan. Myślę też, że dostrzegam, jak niszczące na wielu poziomach są konsekwencje tego, gdy linie członkostwa i obecności rozbiegają się. Zmieniły się poglądy dotyczące obecności na nabożeństwach: dawniej była to kwestia, która dotyczyła całego zboru; teraz często uważa się to za kwestię indywidualnej decyzji każdego („to nie nasza sprawa”). Zmiana ta spowodowała spustoszenie w naszych zborach i życiu wielu ludzi, którzy niegdyś byli uczestnikami.

Mam teraz więcej pytań kotłujących się w mojej głowie; pytań o chrześcijańskie seminaria i o „chrześcijańskich liderów”, którzy co weekend są w innym miejscu oraz pastorów, którzy nie rozumieją wielkiego znaczenia lokalnego zgromadzenia, a także biednych owiec, które jak sfrustrowani konsumenci tułają się od jednej wspólnoty do drugiej.

Uwaga redaktora: artykuł ten pierwotnie ukazał się w numerze Modern Reformation ze stycznia / lutego 2002 roku i został zredagowany i opublikowany za zgodą. Modern Reformation znajdziesz pod adresem www.modernreformation.org (ang.). Wykorzystano za zgodą 9Marks & Wierni Słowu.

FacebookMessengerTwitterWykop
Zobacz również
Potrzebujemy ich: knujący i prowokujący członkowie kościoła
FacebookMessengerTwitterWykop